Wywiad z zespołem At The Lake

Na początek może opowiecie coś o historii zespołu, kiedy powstał, kto
był założycielem?
Milena: Początki At the Lake sięgają jednego styczniowego wieczoru 2005 roku, kiedy zafascynowana muzyką i orkiestrowymi aranżacjami zespołu Rhapsody postanowiłam napisać pierwszy utwór. Jednak nie zamierzałam grać go osobiście, tylko wysłać go do Rhapsody z zapytaniem, czy oni nie chcieliby go wykonać. Gdy moja mama dowiedziała się o tym “genialnym” pomyśle zadała mi jedno pytanie, jak się poźniej okazało – jedno z najważniejszych i niosących za sobą jedną z największych i najciekawszych zmian w moim życiu: “Dlaczego chcesz marnować swoje pomysły dla kogoś innego? Dlaczego nie założysz swojego własnego zespołu?”. Następne kroki jak poszukiwanie ludzi, którzy chcieliby ze mną współtworzyć tę przygodę, pierwsze próby, pierwsze koncerty przyszły już same.

Przyznam, że działacie w dość zaskakującym składzie trzy kobiety, trzech
mężczyzn. Czy to przypadek czy może jest w tym jakiś ukryty cel?
Milena: Zdecydowanie przypadek. Jedynym “stanowiskiem”, na którym mamy jakiekolwiek preferencje odnośnie płci jest wokal. Ja na początku chciałam, aby śpiewał u nas wokalista, lecz członkowie zespołu szybko mnie przekonali, że lepszym pomysłem będzie niewiasta. To, że akurat tak się proporcje w zespole rozłożyły na 3 mężczyzn i 3 kobiety nazwę szczęśliwym zrządzeniem losu.

W Waszej muzyce oprócz metalu i rocka oczywiście, słychać wpływy folka
oraz muzyki klasycznej. Wiem, że pobieraliście lekcje w szkołach muzycznych, czy
takie wykształcenie pomaga w graniu rocka?
Milena: Haha, tak, zdecydowanie umiejętność gry na własnym instrumencie pomaga w graniu rocka. Przecież to muzyka jak każda inna, wymaga odpowiedniego warsztatu i wiedzy. Wiedza teoretyczna wyniesiona z klasycznej szkoły muzycznej przydaje mi się na pewno bardziej podczas pisania orkiestracji i aranżacji chórów niż na scenie, ale każdy z nas musiał przejść swoją dawkę wprawek, gam i pasaży, żeby móc teraz grać razem. Nie polecam zaczynania swojej przygody z instrumentem z zamiarem “szybkiego nauczenia się”. Może się to skończyć karierą a’la Mandaryna, a ze strachu przed wykonaniem piosenki live można pobrudzić spodnie. Po co, skoro można się po prostu porządnie nauczyć grać na instrumencie i postrachu. Gamy nie gryzą, naprawdę.

Jakiej muzyki słuchacie na co dzień? Jacy artyści, nie koniecznie
muzycy Was inspirują?
Milena: Każdy z nas słucha innej muzyki. I dzięki Bogu, bo inaczej byłoby strasznie nudno, co odbiajłoby się przede wszystkim na naszej muzyce. Nie jestem nawet w stanie powiedzieć, czy jakiś styl dominuje, bo każdy słucha po trochu tego, co mu się po prostu podoba. W przypadku Ani to np. elektroniczne brzmienia, Michał lubi stary, klasyczny trash metal, Krzysiek lubi starego rocka w stylu Rainbow czy Black Sabbath, ja natomiast słucham brzmień począwszy od folku irlandzkiego, przez muzykę klasyczną i filmową po eksperymentalne płyty Pink Floyd. Jeśli chodzi o inspiracje pozamuzyczne, to największą z nich jak najbardziej kreatywny artysta ze wszystkich, jakich tylko znam – Życie. W kwestii inspiracji nigdy jeszcze mnie nie zawidoło. Długie wedrówki po górach to też jedna z takich rzeczy, które dostarczają potężnej dawki pomysłów. Przede wszystkim odświeżają umysł. A to raz na jakiś czas przyda się każdemu, nie tylko artyście.

Wystąpiliście na ostatnim Castle Party. Jakie wrażenia? Jak Wam się
podoba ten festiwal?
Krzysiek: Castle Party jest festiwalem bardzo szczególnym o długiej tradycji. Jakkolwiek mamy świadomość, że muzycznie odbiegaliśmy od ogólnej konwencji tej imprezy, to występ w Bolkowie był niewątpliwie dla nas nobilitacją. Nasz koncert przyjęty został bardzo ciepło i pomimo wczesnej godziny udało nam się przyciągnąć sporą publiczność. Mamy nadzieję kiedyś tam jeszcze powrócić.

 

Niedawno też ukazała się Wasza nowa płyta „Maya”. Czym ten album się różni od poprzednich? Co słuchacz znający Wasze poprzednie dokonania usłyszy nowego na tej płycie?
Krzysiek: Myślę, że pierwsze co się rzuca to całkowicie inny wokal. Poprzednią płytę nagraliśmy z sopranistką Gosią Ługowską. Na albumie ‚Maya’ z kolei usłyszeć można Natalię Sikorę, o silnym rockowym głosie. Fani Doro, Bonnie Tyler czy Janis Joplin nie będą zawiedzeni. Uważam, że nowa płyta jest dużo dojrzalsza od poprzedniej, bardziej przemyślana i osobista, co ma także swoje odbicie w warstwie lirycznej.

 
Czy płytę będziecie promować trasą koncertową?
Jakie plany na przyszłość? Może płyta koncertowa? lub koncertowe DVD?
Krzysiek: Promocję płyty ‚Maya’ rozpoczęliśmy już jakiś czas temu. Mieliśmy m.in. okazję wystąpić z nowym materiałem na wspominanym przez Ciebie Castle Party, czy u boku samego Nightwish’a na ostatnich Ursynaliach. Natomiast prawdą jest, że nie mieliśmy jeszcze okazji wystąpić w wielu polskich miastach. Trasę koncertową początkowo planowaliśmy na listopad, ale z różnych przyczyn odsunie się ona styczeń. Obecnie pracujemy nad organizacją i jak będą znane już pierwsze terminy, niezwłocznie napiszemy o tym na stronie i profilu Facebook’owym.

Trochę za wcześnie na wydawanie płyt koncertowych. To jest przywilej zespołów z dorobkiem, a my na razie na to pracujemy. Po zakończeniu styczniowej trasy planujemy skupić się nad kolejnym albumem. Czujemy silną potrzebę pracy twórzczej 🙂
Za wcześnie na mówienie o terminach, kiedy miałby on ujrzeć światło dziennie.

Zdecydowana większość Waszych tekstów jest w języku angielskim, nie myśleliście o nagraniu płyty po polsku?
Milena: Pytano nas o to wiele razy. Jednak twardo będę obstawać przy tych samych powodach. Pierwszy to taki, że dzięki temu, że nasze utwory są napisane w języku angielskim trafiają do dużo szerszej publiki. Połowa naszych słuchaczy pochodzi z poza granic Polski – widzimy wejścia na naszą stronę z każdego zakątka świata. Tej części świata na pewno łatwiej jest zrozumieć utwory pisane w języku angielskim, niż po polsku. Drugi powód to taki, że angielski jest zdecydowanie bardziej elastyczny i melodyjny niż polski. Może to już także kwestia przyzwyczajenia, ale dużo płynniej pisze mi się teksty po angielsku niż po polsku. Nie mniej jednak, na następnej płycie znajdzie się na pewno co najmniej jeden utwór po polsku.

A czy poza At the Lake uczestniczycie w jakiś innych projektach muzycznych?
Milena: At the Lake jest dość absorbującym projektem, mamy próby 1-2 razy w tygodniu, proces twórczy nad utworem zanim trafi on spod mojej ręki w ogóle do zespołu też swoje trwa. Jednak woje z nas uczestniczy jeszcze w innych projektach poza At the Lake. Natalia jako aktorka realizuje się na tym polu w teatrze i projektach w stylu poezji śpiewanej, a Michał niedawno dołączył do Crystal Viper. Dla mnie jednak At the Lake zawsze był i będzie na pierwszym miejscu.