MandragorA ScreaM – LUCIFERLAND

Kiedy dowiedziałam się, że MandragorA ScreaM nagrywa nowy album, miałam mieszane uczucia, po pierwsze dlatego, że poprzedni album tej włoskiej formacji „Volturna” nie przypadł mi zbytnio do gustu, a po drugie dlatego, że nie jestem wielką fanką industrialu, czyli gatunku, w którym teraz MandragorA ScreaM postanowiła tworzyć swoją twórczość.
Niemniej jednak byłam strasznie ciekawa co ciekawego Morgan wraz z kolegami z zespołu przygotowała dla swoich fanów.
Teraz gdy wpadł mi w ręce „Luciferland” czym prędzej zabrałam się za słuchanie jego zawartości.
I co? Wpadłam po uszy od pierwszego utworu „The Chant of Furies”.
Utwór ten jest swoistym zaproszeniem do krainy Lucyfera 🙂
Chociaż tak naprawdę ciężko go nazwać utworem, ze względu na deklamowaną treść, ale za to chór na końcu…
Nie wiem czy powinnam opisywać każdy z utworów, bo po co psuć Wam zabawę? 😉
Skupię się na całokształcie płyty.
Jak to w przypadku Mandragory bywa, tak i teraz bardzo ważną, a właściwie można by rzec główną rolę odgrywa mitologia.
Nie żeby mi to przeszkadzało, wręcz przeciwnie 🙂
Cieszę się, że zespół wciąż trzyma się tej tematyki, że wciąż z taką fascynacją potrafią zagłębiać się w świat mitów, magii, bogiń itd.
Ale co tam zagłębić jak zagłębić, wszak prawdziwą sztuką jest po raz kolejny wyciągnąć z tych fascynacji jak najwięcej i przekazać to na albumie.
Przekazać w taki sposób by zaciekawić słuchaczy.
Mandragorze się to udało!
Drugą niezmienną rzeczą jest głos Morgan Lacroix. Wciąż ten sam, wciąż taki „wiedźmowaty”, lecz można usłyszeć pewne delikatne zmiany.
Moim zdaniem zmiany na lepsze. Wokalistka, mam wrażenie chętniej się bawi swoim głosem i to sprawia, że utwory są znacznie ciekawsze.
Dodaje to utworom swoistego smaczka.
Następnym smaczkiem na „Luciferland” jest muzyka.
Oczywiście jest tutaj muzyka elektroniczna, jest jej nawet sporo, ale jest ona podana w bardzo przystępny sposób. Nie gra tutaj dominującej roli, słuchając albumu nie ma się wrażenia, jakoby elektronika chciała zdominować płytę.
Jest tutaj miejsce i na „żywe” instrumenty: perkusję, gitary, jak i na wspomnianą elektronikę. Wszystko ze sobą współgra i nie „gryzie” się wzajemnie.
Keyboard, który tutaj też możemy usłyszeć jak i skrzypce również idealnie się wkomponowały w całość i postawiły tą kropkę nad „i”.
Dzięki temu, na albumie mamy parę chwytliwych dźwięków, które zapadają w pamięć.
A żywe instrumenty wespół z elektroniką sprawiają, że całość albumu jest bardzo spójna, że wszystkie instrumenty są ze sobą powiązane i wspólnie „pracują” nad „Luciferland”.
Słuchając tej płyty mam wrażenie, że jest ona bardziej „przebojowa” niż jej poprzedniczki.
Naturalnie na albumie jest mrok, są gotyckie dźwięki, jest też w kilku momentach moc i w żaden sposób nie można jej zarzucić, że jest dyskotekowa.
Nic z tych rzeczy. Po prostu, gdzieś tam z mroku wyłania się jakieś mikroskopijne światło w kierunku bardziej „żwawym”. Z resztą już przy „Volturnie” można było takowe światło dostrzec. Przy tej płycie jest to jednak lepiej skomponowane, w bardziej przystępny dla mroczniaków sposób 🙂  Mi ten sposób, przypadł do gustu w 100% i śmiało mogę powiedzieć, że taką Mandragorę chcę na kolejnych płytach.
Oby tylko nie przyszło nam czekać na kolejny krążek 3 lata.
Podsumowując: zarówno starzy fani zespołu jak i Ci nowi, którzy pojawili się po wspomnianej „Volturnie” znajdą na tej płycie coś dla siebie, bowiem Mandragora w ciekawy sposób łączy swoją starszą twórczość z nowymi muzycznymi fascynacjami.
Niezmiernie cieszy mnie fakt, że zespół nie stoi w miejscu tylko się rozwija i to w tak fajny sposób.
Ja mogę dodać od siebie tylko tyle, że jest to jeden z niewielu albumów, które zauroczyły mnie w 100% w tym roku.
Z mrocznym sumieniem mogę polecić Wam ten album.
Jestem pewna, że wszystkie wiedźmy powinny po ten krążek sięgnąć czym prędzej i delektować się przy winku i cieple ogniska domowego nową twórczością MandragorA ScreaM.
Wspólnie z zespołem wejdźmy do krainy Lucyfera.
Blessed Be!

Ocena: 10 kropel krwi na 10

Atharjatha