Carcass „Swansong”

Cofnijmy się w przeszłość, pomyślmy, że Carcass właśnie wydał krążek „Swansong”. Wcześniejszy album. „Heartwork”, był genialnym wydawnictwem. Teraz składu Carcass nie zasila już Michael Amott, który opuścił szeregi grupy dwa lata wcześniej. Za kompozycje odpowiedzialny jest przede wszystkim Bill Steer, na którego barkach spoczywa presja związana z wydaniem kolejnego udanego albumu. Jakie są reakcje fanów? Czego możemy spodziewać się po „łabędzim śpiewie”?

Jako, że było to dość dawno, a właściwie to bardzo dawno, bo w 1996 roku ledwo odrastałam od ziemi, a więc mogę tylko gdybać jak album został wtedy przyjęty. Karty historii przedstawiają się niekorzystnie – w końcu po tym albumie zespół się rozpadł na długie lata. Ale czy naprawdę „Swansong” to kiepskie wydawnictwo? No właśnie n-i-e! Przeciwnie, dla mnie to najlepszy krążek jaki wydał zespół do dnia dzisiejszego! Dlaczego? Bo jest inny niż wszystkie z dyskografii, a zaraz o tym dlaczego…
Co mi pierwsze przychodzi na myśl, to to, że jest to najbardziej chwytliwy krążek od Carcass. Jest przejrzysty, riffy są konkretne, nikt nie owija w bawełnę. Za to m.in. darzę wielkim szacunkiem Bill’a Steer’a. Majstersztyk gitarowy! W połączeniu z wokalem Jeff’a słyszę to, czego bym oczekiwała od tego duetu. Jak widać, po nieco szybszym krążku „Heartwork” przyszedł czas na zwolnienie tempa i pozwolenie słuchaczowi na delektowanie się każdym riffem z osobna. A jest się czym delektować!
Album rozpoczyna „Keep on rotting in the free world”. Jest to jedna z dwunastu kompozycji na płycie. Nie jest poprzedzona intrem, cała płyta nie ma też jakichkolwiek udziwnień, zawiera niedługie utwory wypełnione soczystymi riffami. Do utworu został zrealizowany także teledysk, jakościowo odbiegający od wszelakich norm 😀 ale… zobaczcie sami:

Spotkałam się także z określeniem, że to dość rock’n’roll’owe brzmienie… Nie przesadzałabym, prócz tego, że gitary chodzą aż miło słuchać, to Jeff trzyma się swojego agresywnego wokalu, przez co charakter grindcore’owy zostaje utrzymany. Niemniej kawałki są do siebie tak zbliżone, że mam nie lada problem z wyszczególnieniem jakiegokolwiek. Więc najogólniej na uwagę zasługują: wokal Jeff’a, który na tym albumie jest wyraźny i zrozumiały oraz teksty, które wyjątkowo nie opowiadają o zagadnieniach medycznych, a są bardziej życiowe, nawet np. w „Cross my heart” jest poruszana tematyka miłości, a więc bardzo wszechstronnie. Kolejna kwestia – zero słabych momentów. Jak zaczynamy album, tak nie wyłączymy go, po prostu. Wielu z Was będzie miało zapewne ten sam problem, co ja, będziecie zastanawiać się jaki kawałek z tej płyty jest najlepszy. Otóż okazuje się, że każdy, bez wyjątku. No i na sam koniec wcześniej wspomniane popisy gitarowe mistrza Bill’a. Był zdany na siebie i chyba to zmobilizowało go, by stworzyć taką perełkę. W każdym razie ukłony!

Tracklista:
„Keep On Rotting in the Free World” – 03:42
„Tomorrow Belongs to Nobody” – 04:17
„Black Star” – 03:29
„Cross My Heart” – 03:33
„Child’s Play” – 05:43
„Room 101” – 04:35
„Polarized” – 04:02
„Generation Hexed” – 03:48
„Firm Hand” – 05:22
„R**k the Vote” – 03:53
„Don’t Believe a Word” – 03:57
„Go to Hell” – 03:24

Dla kogo płyta „Swansong”? Tu mogę śmiało powiedzieć- po prostu dla fanów metalu. Bo fani Carcass tak czy siak sięgną po ten krążek, ale on zdecydowanie zasługuje na szersze grono odbiorców. W porównaniu do ubiegłorocznej płyty „Surgical Steel” z pewnością odczujemy różnicę, najnowsza propozycja od Carcass to brzmienie zdecydowanie przypominające ich początki. Niemniej uważam, że kontrast w postaci „Swansong” był jak najbardziej na miejscu i tylko zaciekawił słuchaczy. Myślę, że nie jeden fan metalu przekonał się do Carcass słysząc ten album… wiem z autopsji. Gdybym kogoś nie przekonała słowami, bo pisać mogę grube książki jaka ta płyta jest wspaniała, więc dorzucam bardzo obiektywną ocenę…

10/10 kropel krwi
Iwona Lewandowska