INTERNAL QUIET – „When The Rain Comes Down”

Wraz z Irlandzkim, przelotnym, wczesnojesiennym deszczem wpadła mi w ręce płyta zespołu INTERNAL QUIET  ‘When The Rain Comes Down’ z Aleksandrowa Łódzkiego. Album ten ukazał się oficjalnie 20 sierpnia 2016r. w ekskluzywnym formacie slipcase. Jest to niezależne wydawnictwo ‘private pressing’ towarzyszące pierwszej trasie koncertowej pod szyldem ‘Back To The Past Tour’, obejmującej swym zasięgiem ponad 40 lokalizacji na terenie całego kraju, podczas której INTERNAL QUIET wystąpi w roli gościa specjalnego grupy TURBO

maxresdefault

Heavy metalowy zespół INTERNAL QUIET powstał w maju 2011 roku w Aleksandrowie Łódzkim. W jego składzie działają aktualnie: Sławomir Papis (gitary prowadzące), Maciej ‘Rocker’ Wróblewski (śpiew), Dominik Kalisz (gitara rytmiczna), Mateusz Stołowski (gitara basowa), Radosław Jarzyna (instrumenty perkusyjne) oraz Dawid Roźniakowski (instrumenty klawiszowe).

Krążek ‘When The Rain Comes Down’ będzie dostępny w sprzedaży podczas wszystkich nadchodzących koncertów, a także poprzez stronę internalquiet.com Singlem promującym album, jest utwór „Chase Your Dreams’.

Tyle o zespole i o krążku dowiedziałam się z informacji załączonych do nagrań. A oto co ujawniło się po odtworzeniu materiału muzycznego, który album zawiera:

W otaczającą mnie aurę idealnie wkomponowały się przestrzenne klawisze oraz odgłosy burzy i padającego deszczu otwierające ta płytę. Po takim wstępie słyszymy wycie gitary i solówkę Sławomira Papisa operującego gitarą prowadzącą otwierające pierwszy singiel z płyty „Chase your dreams”.  I wtedy nadchodzi moment na który szczególnie czekałam – wejście wokalu. Następuje to w końcu i od razu Maciej „Rocker” Wróblewski uwodzi nas jasną klarowną barwą swego profesjonalnie prowadzonego głosu. Takie jest pierwsze wrażenie. Niestety przelotne jak opady deszczu w rejonie Irlandii z jakiego pochodzę. Odkrywam kilka zabiegów aranżacyjnych jakby niezbyt dopracowanych np. dublowanie wokali bez konsekwencji co daje posmak przypadkowości. Ogólnie album posługuje się koncepcją w której utwory łączone są odgłosami ulicy moknącej w tytułowym deszczu. I wtedy następuje coś czego wolałabym nie słyszeć. Jest to wokaliza zaśpiewana wysoko barwą i linia melodyczną imitującą śpiewy panów z zespołu Bee Gees. Na szczęście w dalszej części utwór rehabilituje się wprowadzeniem innego, niżej brzmiącego wokalu – najprawdopodobniej wykonanego przez zupełnie innego muzyka, który na koniec frazy przechodzi w gustowne charczenie czy tez inaczej mówiąc growlowanie

W czwartym w kolejności utworze „So cold” w nastrój tytułowego chłodu wprowadzają nas dźwięki deszczu, pisku opon i kraksy. I to niestety tyle dobrego na temat warstwy dźwiękowej w tym przypadku gdyż pomimo wpadającego w ucho refrenu utwór zdradza ogromne braki realizacyjne jeśli chodzi o wokal. Brzmi on tak surowo, że ma się wrażenie, iż jest to nagranie demo podpięte do podkładu instrumentalnego, któremu zresztą nie można nic zarzucić. Tego wrażenia nie zaciera niestety nawet bardziej melancholijny fragment ciekawie poprowadzony przez wokalistę i instrumentalistów oraz genialna solówka na gitarze. Utwór piaty „Going good”  nie wyróżnia się zbytnio od pozostałych jeśli chodzi o zwrotki, odnosi się wręcz wrażenie, że to kolejna taka sama piosenka, szczególnie, że utrzymany jest w tempie i tonacji bliskiej do pozostałych utworów. Pod tym względem płyta jest raczej jednolita. Inaczej natomiast ma się rzecz z refrenem. Nie dość, że prosty, melodyjny, łatwo przyswajalny to zaaranżowany w ciekawy sposób. Nie potrafię powiedzieć co konkretnie mnie w jego frazach urzekło, natomiast jest to fragment, który pozostał mi w głowie po wielokrotnym przesłuchaniu płyty i w mojej ocenie jest jednym z bardziej udanych. Z kolejnym utworem „Rain” nawiązującym do tytułu i konceptu płyty przychodzi mocniejsze i szybsze uderzenie. Dzięki temu przyspieszeniu należy pochwalić tez sekcje rytmiczną, którą charakteryzuje precyzja i punktualność. Niestety nie można tego powiedzieć o wokalu. Mam wrażenie ze „płynie on” niezbyt stabilnie osadzony w partyturze. Nie byłoby uczciwe gdybym te wszystkie uwagi o wokalach i wokaliście pozostawiła bez komentarza, że Maciej Wróblewski jest bardzo dobrym technicznie wokalistą i trudne zabiegi wokalne podejmuje z dużą łatwością. Braki jakie warstwie wokalnej można zarzucić wynikają z błędów realizacyjnych i po części z kreatywności interpretacyjnej wokalisty. Nie są to jednak zarzuty wielkiej wagi. Utwór szósty nie przynosi wielkich odkryć. Środki wykonawcze nie różnią się od tych wykorzystanych w innych utworach. Riffy ładnie „siedzą” w konwencji, choć nie można ich nazwać nowatorskimi . Harmonia jest  klasyczna, charakterystyczna dla konwencji czyli oparta na triadzie harmonicznej z akordami równoległymi. Ciekawym smaczkiem jaki pojawia się w tym utworze jest falset głowowy wokalisty a także efektowne zwolnienie w trakcie utworu, gdzie bas przejmuje partie pierwszych skrzypiec. Solówki gitarowe – cudne. Brzmienie wokalu pominę. Te zachwyty nad partiami basowymi i gitarowymi znajduje uzasadnienie w następnym utworze – tym razem instrumentalnym. Tło dla pochodów basowych i melodii gitar stanowią szepty i chórki wokalne. Całość utrzymana jest w konwencji rockowej ballady. W ostatnim  utworze „Reaching the stars” znowu zgrzyt. Wysoka wokaliza „na uuuu” całkowicie zepsuła mój sposób postrzegania tego utworu i znowu skupiła moja uwagę na realizacji wokalu, która znacznie odbiega od profesjonalnej. Zaznaczam jednak, że nasz wokalista Maciej absolutnie nie jest jej winien. No może doskonałe panowanie nad vibratem nie ochrania przed jego zbyt szeroką amplitudą, co szczególnie drażni w wyższych, jakby popisowych – partiach. Oto osiem utworów stanowiących trzon płyty „When the rain comes down”. Ale jest i dziewiąty. Jest to numer pt.” Time to fight” stanowiący tzw. Bonus track. Jest to dość szybki, hard rockowy utwór utrzymany w stylu nie odbiegającym od muzyki jaką zespól z założenia wykonuje.

Reasumując, płyta zespołu Internal Quiet „When The Rain Comes Down” przypomina mi nadgryzione jabłko. Jest to moja dość swobodna interpretacja , jednak najwierniej obrazuje wrażenia jakie pozostały we mnie po wielokrotnym wysłuchaniu utworów wchodzących na wydawnictwo. Jest smak, poczucie formy, jest treść a jednak jest także wrażenie że przez zespołem jeszcze wiele wiele pracy, która ukształtuje jego określony i niepowtarzalny charakter. Należy dodać ze najsłabszym ogniwem jeśli potraktujemy album jako zbiór elementów takich jak kompozycja, aranżacja, harmonia, brzmienie, wykonawstwo i realizacja jest ta ostatnia właśnie. Domyślam się, że nagrań dokonano w miejscach, które nie są zbyt szeroko polecane i większość pracy nad płytą należała do członków zespołu. Za efekt należą im się z pewnością gratulacje, jednak chciałabym tego jabłka jeszcze posmakować tak, żeby mieć uczciwe wrażenie ze zjadłam w pełni dojrzały, ukształtowany i konkretny owoc. 

Agata Pawłowicz 

Sześc kropli krwi na 10.