Cult Ov Mora – „…is coming”

Pierwszy raz natrafiłam na projekt Cult ov Mora, kilka tygodni temu, gdzieś tam w odmętach, czeluściach internetu. A ponieważ zasłuchuję się w muzyce gotyckiej, a i growlem nie pogardzę, postanowiłam się im przyjrzeć nieco dokładniej. Na facebook’u tegoż projektu, dane mi było wysłuchać świetnego coveru Burzum – „Ea, Lord Of The Depth”, który to zrobił na mnie jak najbardziej pozytywne wrażenie. Jakiś czas później okazało się, ku mojej radości, że Cult ov Mora, wydaje swój debiutancki krążek, dzięki czemu będzie okazja, by wysłuchać nie tylko coverów, ale przede wszystkim autorskiej twórczości, tych trzech mężczyzn, bo to właśnie trzej mężczyźni: Tailheg, Edward i Dybuk, stoją za tym projektem.

Teraz dumnie w moich rękach dzierżę owy debiut, którego tytuł brzmi: „… is coming”. Na albumie znalazło się 9 kompozycji. Dwie z nich, to bonusowe utwory – covery. Wspomniany już przeze mnie cover Burzum oraz cover zespołu The Cure – „Fight”. Ale teraz od początku. Album rozpoczyna się intrem „The Beginning”. Nigdy, przyznam szczerze nie byłam fanką dodawania do płyt intra, traktowałam to, jako rodzaj zapychacza. Coś, trzeba dodać na płytę, aby była „bogatsza”, więc wstawimy intro i będzie dobrze. Tutaj natomiast, intro odgrywa ważną rolę. Jest takim, swoistym przywitaniem się ze słuchaczami, wciągnięciem ich w mroczny świat Cult ov Mory. Takim trochę kuszeniem słuchaczy. Naprawdę dobry początek. Kolejnym kawałkiem jest „Dancing With The Devil”. Mimo dobrego wokalu tzn. growlu, trudno mi jest oprzeć się wrażeniu, że to właśnie perkusja w tym numerze jest na pierwszym planie. Oczywiście, nie mogę tutaj również zapomnieć o klawiszach, które nadają temu utworowi kształt. Aż chciałoby się zapalić świece, zamknąć oczy i … znaleźć w jakiejś piekielnej sali balowej w ramionach jakiegoś przystojnego diabła 😀 Następnym utworem jest „Follow My Bride”. Najmroczniejszy moim zdaniem, kawałek z płyty. Bardziej rozbudowany od poprzedniego numeru i mocniejszy. Jednak, tak jak i przy „Dancing With The Devil”, prym wiedzie perkusja. „Wake Up My Beauty”, najbardziej elektroniczny z całej płyty, z mocnym metalowym pazurem i klawiszowym tłem przy końcu. „Time Has Come”, wiem jak to zabrzmi, ale… jest to bardzo skoczny utwór. Znów rytm wystukuje perkusja, lecz znalazło się też, również miejsce na wyeksponowanie gitar. Całość idealnie wplata się w elektroniczne, industrialne dźwięki. „You Belong To Me”, kawałek, na którym znów słychać gitary! Oczywiście, perkusja nie ustępuje i łoi aż miło. Do tego dochodzą syntezatory i mocniejszy, niż w poprzednich numerach growl. Fajnie wkomponowanie klawiszy też dodaje smaczku, odbieram na plus. „The End”, outro zamykające główną część płyty. Klimatem przypomina na wzór marszu. Bije z tego utworu jakiś taki chłód, niczym od nieboszczyka zamkniętego w chłodni.

Teraz czas na bonusowe utwory: Na pierwszy ogień idzie cover Burzum – „Ea, Lord Of The Depths”. Chodził ten cover długo za mną, odkąd go pierwszy raz usłyszałam. Świetnie zrobiony, w elektronicznej oprawie i z ciekawymi klawiszami. W dodatku w bardzo chwytliwy sposób. Drugim i ostatnim jest cover The Cure – „Fight”. Przyznam, że fanką The Cure, nie jestem. Dlatego trudno mi się jakoś odnieść do tego co zrobili Panowie z Cult ov Mora. O ile Burzum znam i słucham, wiem też bardzo dobrze jak „Ea, Lord OF The Depths”, brzmi w oryginalnej wersji. Tak, w przypadku The Cure, mimo iż „Fight”, słyszałam nie raz, ciężko mi określić i ocenić ten cover. Dla mnie cover zrobiony przez Cult ov Mora, brzmi lepiej od oryginału. Być może dlatego, iż muzyka The Cure, nigdy do mnie nie przemawiała.

Podsumowując, „…is coming” to świetny debiut na polskiej scenie muzycznej. Polecam zapoznanie się z tą płytą, nie tylko fanom: elektronicznych/ industrialnych brzmień, ale i fanom mocnych dźwięków. Czuć, że w album włożono kawał ciężkiej pracy i nic na krążku nie znalazło się przypadkiem. „…is coming”, to kawał porządnego, ciekawego grania.Wart tego, aby znalazł się w Waszych domach. Bez najmniejszych oporów oceniam płytę na 10, bo nawet z brakiem „żywej” perkusji można nagrać coś godnego uwagi. Chociaż szkoda, że krążek jest taki krótki 🙁

Ewelina Tkacz