Conquering Europe Tour 2014 – Wrocław, klub Alibi, 16.02.2014.

Powiadają, iż thrash metal umarł był śmiercią naturalną. Wielu samozwańczych ekspertów szumnie obwieszczało daty zgonu tego gatunku. Narzekało, że to już nie to, co kiedyś, że kapele zeżarły własne ogonki tuż po wydaniu trzeciego dema. A ja im na to będę powtarzać do znudzenia – guzik prawda. Gatunek będzie żył tak czy owak, dopóki znajdą się fani, którzy będą chcieli kupować płyty, chodzić na koncerty, a nade wszystko mieć niesamowitą frajdę ze słuchania thrash metalu. I myślę, że będzie to działać, dopóki twórcy będą mieli świadomość tego, że mają dla kogo tworzyć. Jasne, wiem doskonale, że nie jest to najpopularniejszy gatunek i ostatnio jest nieco passé w porównaniu do innych, ale zatwardziali thrashowcy trzymają się wcale nieźle. Można mi oczywiście zarzucić paskudny relatywizm i nieobeznanie w temacie, ale jestem szczerze przekonana o słuszności tego stwierdzenia, a na dowód słuszności mojego króciutkiego wywodu mogę przedstawić nielicho zatłoczone Alibi w dniu wczorajszym.

Exarsis

Wieczór otworzyła młoda grecka formacja Exarsis, o której wiedziałam tyle, że pochodzą z Hellady i do tej pory nagrali dwa albumy. Ale dowiedziałam się także, że jak zaczynają grać, to pod sceną zaczyna się nielicho dziać, że o tym, co na scenie się dzieje nie pomnę! Mówiąc krótko – był ogień, dziki headbanging i szalejąca publika. Rzadko kiedy można spotkać supporty, które rozgrzewają publikę do czerwoności w taki krótkim czasie. Tak więc, panie i panowie, kiedy na scenę wchodzi Exarsis – czapki z głów i lecimy prosto do mosh pitu!

Exarsis

Finów z Lost Society miałam przyjemność zobaczyć już w lecie zeszłego roku, kiedy to przyszłam na ich koncert w Tampere nie mając pojęcia kim są, co grają, a udało im się przekonać mnie do siebie w przeciągu jakiś… 15 sekund? Kwartet z Jyväskylä, mimo młodego wieku wie co robi i ponadto robi to fenomenalnie dobrze, co zaowocowało kontraktem z molochem wydawniczym jakim jest Nuclear Blast. I daj im Trygławie i Swarogu zdrówko, niech to robią póki im pary w płucach nie zabraknie. A co do samego koncertu, muszę znowu się odwołać do cytatu mojego ulubionego klasyka „That was brutal”. Nie tylko ze względu na żywiołowy występ samego Lost Society, ale także na szalejącą publiczność za moimi plecami oraz mrowie fanek, których piski unisono były wcale nie cichsze niż nagłośnienie na scenie. Mimo tych niedogodności, jestem pewna, że żałowałabym bardzo, gdybym na ich koncert nie poszła.

Lost Society

Następna w kolejce była amerykańska ekipa Fueled by Fire, która autentycznie mnie ujęła swoim niemal black metalowym zacięciem zapowiadanych utworów i dość rzadką właściwością wśród zespołów naprawdę dobrego ustawiania się do zdjęć (przeto ciężko pozować machając jednocześnie łbem w dzikim młyńcu, toteż winszuję amerykanom, oj, winszuję!). A i wokalista Rick Rangel, który, być może mały wzrostem, ale nadrabiający głosem jak dzwon, pokazał, że nie należy oceniać książki po okładce.

Fueled by Fire

I wreszcie, po długim oczekiwaniu, przyszedł czas na headlinera, czyli Greków z Suicidal Angels. Dało się to odczuć po znacznie większym ścisku jaki powoli zaczął się tworzyć za moimi plecami, jak i coraz to głośniejszym wrzaskom publiki, wywołującej kapelę na scenę. I oto wreszcie wyłonili się z mroku sceny… i się zaczęło szaleństwo. Nick Melissourgos przywitał się z tłumem w prawdziwie polskim stylu („Kurwa, Polska napierdalać!”) i na jedną jego krótką komendę tłum oszalał. Mosh pit, headbanging, crowdsurfing (acz nie było to, na szczęście, tak bolesne jak na innych koncertach, ponieważ jak powszechnie wiadomo, thrashowcy zwykle w glanach nie chadzają… i chwała im za to) – wszystko naraz i jeszcze trochę. Dla mnie skończyło się to ewakuacją na tyły, ponieważ nie uśmiechało mi się pozabijać ludzi moim obiektywem, ponieważ jego gabaryty sugerują wykorzystanie balistyczne.

Suicidal Angels

Tak więc zakończył się wieczór celebracji thrash metalu wraz z Conquering Europe Tour. I mimo że generalnie jestem fanką nowości i ciągłego zaskakiwania mnie przez moich ulubieńców na nowych albumach, tak wczoraj nie miałam obiekcji przed radosnym trzepaniem łbem pod barierkami. Thrash metal nie jest skomplikowaną muzyką, a prostocie tkwi przecież największa siła. Która ma wręcz porażającą siłę, kiedy jest nam serwowana w maleńkim klubie, z małej odległości.

Foto i tekst: Maria Sawicka