Shadows of the Dying Sun Over Europe 2014

Zaczynam dostrzegać pewien schemat w moim jeżdżeniu na koncerty za granicą. Co nie pojadę zobaczyć ulubiony zespół w ich ojczyźnie, bo zdaje mi się, że nie ma takiej opcji, żeby przyjechali do kraju mego, to niemal zawsze kilka miesięcy później dostaję informację, że zespół XYZ przyjeżdża do Polski. Przypadek? Nie sądzę, jak i również nie narzekam, bo kiedy w mediach branżowych gruchnęła informacja, że moja ulubiona Stam1na jedzie w trasę z Insomnium oraz Fleshgod Apocalypse, musiałam się porządnie uszczypnąć, aby następnie głośno zawyć z uciechy.

Stam1na

Odliczałam zatem skrupulatnie dni do 13 listopada. Wówczas to chwyciłam aparat pod pachę i udałam się wieczorem w kierunku ulicy Grabiszyńskiej do klubu Firlej. Miejscówka była kolejnym powodem, dla którego wyglądałam tego koncertu jak kania dżdżu, bo mianowicie Firlej jest jedną z moich ulubionych klubów do fotografowania. I chwała promotorom także za to, że przenieśli koncert do większego klubu. Poprzednia przewidziana lokalizacja Od Zmierzchu Do Świtu od samego początku wydawała mi się za mała i obawiałam się, że publika po prostu Zmierzch rozniesie w drzazgi. Nietutejszym spieszę z wyjaśnieniem – jest to dobre miejsce, żeby wyskoczyć na piwo i posłuchać jam session ze znajomymi, jednak nie sądziłam, że byłaby w stanie pomieścić tłum, który by się zjechał na koncert. No i wykrakałam – przed Firlejem zgromadziła się słusznych rozmiarów gawiedź, oczekująca na otwarcie klubu. Z tegoż tłumu wyłowiłam koleżankę i niedługo po otwarciu bramki udałyśmy się do środka.
Następnie, ulokowawszy się w fosie, z aparatem na podorędziu, rozpoczęłam oczekiwanie na koncert Stam1ny. Wraz z wybiciem 20-tej, na scenę wpadli Finowie i… o Jeżu w Krzakach Szeleszczący. Widziałam ich przedtem 2 razy na scenie, ale za każdym razem było to na festiwalach, w ciągu dnia, gdzie publiczność była mocno przemieszana, nie zawsze zaznajomiona z ich materiałem, a także niekoniecznie obecna tam dla nich. Po raz pierwszy miałam przyjemność widzieć i fotografować Stam1nę w małym klubie i chyba nieprędko wybiorę się na ich koncert na festiwalu. Bliskość zespołu i publiki ma w sobie coś o wiele bardziej elektryzującego i odnosi o wiele większy efekt, niż nawet najlepiej nagłośniony fest.

Stam1na

Ale wracając do tematu – już w zapowiedzi nadmieniłam, że Stam1na to skrzętnie skrywany sekret fińskiej sceny metalowej, który dostał szansę na zaprezentowanie się przed szerszą publiką. I, co tu dużo mówić, wykorzystali to bardzo dobrze. Ba, zaskakująco dobrze, zwłaszcza jako kapela grająca crossover metal, z niemal wszystkimi tekstami śpiewanymi po fińsku, prawie całkiem nieznana na polskim gruncie. Sam zespół był zaskoczony tak pozytywną reakcją publiczności i przyjemnie było oglądać ich uśmiechnięte mordki. A ile było w tym zasługi gromkiego „K****” wokalisty, na które to publiczność zareagowała euforycznym wrzaskiem, a ile wyśmienitego, półgodzinnego seta, wypełnionego dziki headbangingiem zespołu (a tak na serio – chłopaki chyba mają jakiś silniki w karki wmontowane, nawet klawiszowiec pucował włosami keyboard), radosnym młynkiem pod sceną oraz szybkimi, a zarazem wściekłymi piosenkami, idealnymi na pierwsze zaprezentowanie się przed nową widownią – nie mam pojęcia. Tygiel tego wszystkiego dał naprawdę dobry gig, szkoda ino, że tak boleśnie krótki, bo złożyło się na niego raptem 7 piosenek.

Stam1na

Następny w kolejce był Fleshgod Apocalypse. Mówi się, iż za mundurem panny sznurem, ale ja na to mogę powiedzieć tylko tyle, że chcielibyście zobaczyć ten sznur panien za frakiem. Zwłaszcza takich, w jakie byli przyodziani członkowie Fleshgod Apocalypse. Z facetami we frakach miałam przyjemność już ponad rok temu, kiedy fotografowałam ich jako suport zespołu Septicflesh. W tym roku skład został wzbogacony także o dodatkowego członka, czyli panią sopranistkę. I o ile uwielbiam ich koncerty za naprawdę świetną oprawę oraz kawał wybornie ciężkiej muzyki, którą potrafi w trymiga obezwładnić kilka pierwszych rzędów, tak w pewnym momencie musiałam skapitulować zdjęciowo. Przede wszystkim dlatego, że zespół stwierdził, że oświetlenie swoich mordek prawie wyłącznie lampami stroboskopowymi jest całkiem dobry. Rada ciotki fotografki – nie, nie jest to dobry pomysł. O ile dobrze się to ogląda, tak fotografuje koszmarnie źle.

Fleshgod Apocalypse

Po Fleshgod Apocalypse nadszedł czas na gwiazdę wieczoru, czyli Insomnium. Miałam do czynienia raz, bardzo pobieżnie i pamiętam jedynie, że utkwiło mi to w głowie jako dość przyjemne doświadczenie. Nie miałam zatem za specjalnych oczekiwań. Bo zasadniczo death metalem, zwłaszcza tym melodyjnym, nigdy nie gardzę, ale, umówmy się – nie jest to zarazem moja największa miłość. I z takim właśnie podejściem zainstalowałam się pod sceną.
O 22-iej na scenie wreszcie na scenę weszło Insomnium, w akompaniamencie okrzyków wyczekującej ich publiczności. Z głośników poleciały dźwięki „The Primeval Dark”, które gładko przeszło w „While We Sleep”. Okazało się także, że Niilo Sevänen mocno zainspirował się kolegami ze Stam1ny i wykrzykiwał także łacinę podwórkową do mikrofonu, co wywołało równie żywiołowe reakcje tłumu.

Insomnium

Insomnium zasadniczo promowało najnowszy album, choć znalazło się także trochę starszych utworów, jak „Daughter Of The Moon” czy „Only One Who Waits”, na zasadzie „dla każdego coś miłego”. Choć publika nielicho szalała (pod sceną było gorąco jak fińskiej saunie), sam zespół był raczej powściągliwy w reakcjach albo raczej… majestatyczny? Panowie raczej skupiali się na pieczołowitym struganiu riffów i intensywnym trzepaniu łbami. Wyjątkiem był tu Markus Vanhala, który oprócz tego huśtał gitarą na pasku co się zmieści i dosłownie omiatał włosami scenę w manierze niemal dorównując swoim kumplom ze Stam1ny.

Insomnium

W ciągu ponadgodzinnego seta zespół zagrał także takie kawałki jak „Weather The Storm”, „Ephemeral” czy „The Promethean Song” oraz, co warte odnotowania, często i gęsto bisował – zawsze mi się wydawało, że 2-3 piosenki to dość na bis, jednak w sumie Finowie zagrali aż 6 piosenek! Cytując klasyka – prawdziwych mężczyzn poznaje się po tym jak kończy, a nie jak zaczyna. A Insomnium rozmachu w kończeniu koncertów nie można odmówić.

Insomnium

Summa summarum – koncert świetny, tylko, na Trygława i Swaroga, za szybko przeszedł do historii. Dawno nie byłam na tak przyjemnym gigu, gdzie zespoły zagrały świetnie, co zdjęcie, to wychodziło lepsze, a i sympatycznie się z supportami gawędziło później przy piwku i dymku. Gwiazdy się dobrze poukładały, czy ki czort? Nie wnikam, ale nawet lekki zgrzyt oświetleniowy nie był w stanie mi skopać humoru. Mam szczerą nadzieję, że okazja do zobaczenia podobnego składu się przytrafi w najbliższej przyszłości i chciałabym w tym miejscu serdecznie podziękować agencji Heart Of Rock za zaufanie i możliwość udziału w koncercie.

Tekst i zdjęcia : Maria Sawicka