Carcass, Progresja Music Zone, Warszawa [13.09.2014r.] – relacja

Uff, wreszcie odetchnęłam po tym wydarzeniu. Wybaczcie długi czas oczekiwania na wieści, ale emocje długo nie chciały opaść… To był zdecydowanie jeden z koncertów roku w Polsce. Zapraszam do mojej relacji z przebiegu imprezy! 🙂

Wiele się działo tego wieczora, była to prawdziwa gratka dla fanów ekstremalnego grania. Klub zafundował nam dodatkowe atrakcje, w skład których wchodziło meet&greet z zespołem tuż przed koncertem. I od tego pozwolę sobie zacząć.

Meet & Greet wywołało wielkie poruszenie wśród fanów. By wszystko szło sprawniej, kontrola biletów była już przed wejściem do Progresja Cafe. Około 18:30 fani tłumnie czekali u wejścia na I piętro, gdzie już można było zauważyć stoliki z krzesełkami dla zespołu. Całe spotkanie trwało niewiele ponad 30 min, ale zdaje się, że każdy został hojnie obdarowany autografami, gdyż tłum natychmiast przesuwał się pod barierki, by zająć dogodną pozycję na czas koncertu. Podczas spotkania zespół zaoferował swoje karty, a co najważniejsze bardzo personalnie i z wielką kulturą podszedł do swoich fanów. Byłam bardzo mile zaskoczona ich uśmiechami na twarzach, to był bardzo wymowne.

Nie ukrywam, że wraz z tłumem po sesji zdjęciowej z zespołem oraz zgarnięciu autografów, ruszyłam prosto pod barierki. Zajęłam super miejsce, przez co z bliska mogłam przeżyć ten koncert.

Jako pierwszy na scenie pojawił się zespół Thunderwar, absolutnie mi wcześniej nieznany. Szybko jednak dali się poznać od tej pozytywnej strony, bowiem musze przyznać, że nie dość, że zostali bardzo miło przyjęci przez publikę, to jeszcze potrafili zaciekawić swoją muzyką takich wybrednych koneserów, jak np. ja. Warto mieć na nich oko, bo całkiem dobrze się zapowiadają i mają całkiem dobry pomysł na muzykę. Zresztą na Facebook’u już zebrali pokaźną iość fanów, a niebawem zamierzają wydać debiutancki, długogrający album. Bądźcie czujni!

Drugi i ostatni support tego wieczora to prawdziwi wyjadacze sceny. Zespół Hazael, mimo że zainteresował mnie dopiero po ogłoszeniu tego wydarzenia, to świadczy to jedynie o tym, że nie o wszystkich zespołach jestem w stanie się dowiedzieć. Dlatego warto chodzić na koncerty, nie tylko gwiazdy wieczoru, ale także wspierać supporty, dzięki temu pozwolimy sobie na poszerzenie horyzontów i być może znajdziemy zespół, który w jakiś sposób bardziej zapamiętamy. Hazael zaś, bo wypada się na nich skupić, to płocka formacja grająca doom /gothic metal. Pierwsze kroki stawiali w 1990, a więc sporo lat temu. NA początku byli typowo death metalowym bandem, a i największy sukces przyniosła im płyta o tytule „Thor”, bardzo zresztą ceniona przez polskich fanów. I choć formacja zaliczyła bardzo długą przerwę w działalności, to postanowili wrócić w 2014 roku. A fani podczas warszawskiego koncertu myślę, że wystarczająco dali do zrozumienia, że wspierają poczynania muzyków. Podczas koncertu przez kilka kawałków kamera krążyła tu i ówdzie, najprawdopodobniej materiał zostanie użyty w jakimś celu… Jestem baaardzo ciekawa efektu finalnego, gdyż sama się niejednokrotnie załapałam na ujęcie. A wokalista w koszulce Carcass na pewno kupił rzesze fanów zgromadzonych tam dla gwiazdy wieczoru.

Żyjemy w Polsce, rozpoczęcie koncertu jest jedną wielką niewiadomą jakby ludzie mieli różne strefy czasowe, ale nie w Progresji. Pod tym względem zawsze cenię sobie ten klub. O 21:40 na scenie miał pojawić się Carcass, gwóźdź programu. I tak też się stało. Bardzo deliketnie w klimat wprowadziło nas intro „1985”. Po tym kawałku tradycyjnie, zabrzmiał „Buried Dreams”. Wiedziałam, że tłok zrobi się maksymalny, ale ja niemal przecisnęłam się przez barierkową siatkę niczym mięso przez młynek. Nie dane mi było dobrze przyjrzeć się co działo za mną, ale było meeegaaa gorąco.

Przedstawię całą setlistę:

Jeszcze przed koncertem na stronie wydarzenia pojawiła się informacja, że Carcass układa specjalną setlistę na ten koncert. Jak widać na powyższym obrazku, zespół pracował nad udoskonaleniem jej. Ja chyba najbardziej wdzięczna jestem za „Heartwork” oraz kawałki z mojej ulubionej płyty „Swansong”. Co prawda „Black Star” zagrane w dość okrojonej wersji, ale „Keep on Rotting in the Free World” kompletnie rozniósł publikę. Ilość ludzi która przelatywała nad moją głową pobiła rekord wszechczasów. Przypadek? Wykluczone.

W rewelacyjny humor zgromadzoną rzesze fanów wprowadził już meet & greet, zatem rozgrzewka była solidna. Tłumy głodne dźwięków legendy metalowej extremy godnie reprezentowały barwy biało-czerwone. Tradycyjnie pojawiła się polska flaga z logiem Carcass, z świetnie odwzorowanymi narzędziami z okładki „Surgical Steel” na tle mapy Polski. Jeff umiejętnie wprowadzał klimat krótkimi przerywnikami na komentarze. Publika reagowała natychmiastowo, dając zespołowi do zrozumienia, że przystanek w Warszawie był trafną decyzją!

To samo dotyczy zachowania muzyków na scenie. Jeff – wiadomo, zjadł zęby w branży, wystarczy, że zarzuci hasłem czy grzywą, popije piwko, przekaże je fanom z pierwszych rzędów i kupuje zgromadzenie w mgnieniu oka. Poleciało też chyba z kilkanaście butelek z wodą, które fani sobie solidarnie podawali, sąsiad sąsiadowi. Natomiast Bill to niezwykle skoczny gitarzysta, niemal w ciągłym ruchu na scenie, niczym młodzieniaszek, forma go nie opuszcza. Reszta załogi, odmłodzona, Ben – gitarzysta numer dwa, bardzo pozytywnie zakręcona osobowość, na scenie jak i poza nią, prezentuje się wybornie, co można śmiało powiedzieć także o Daniel’u, którego zza garów ciężko było uchwycić choćby wzrokiem, ale słychać za to było doskonale i nie sposób nie przyklasnąć. Świetnych kompanów sobie wybrał nasz starszy duet. Myślę, że razem pograją jeszcze trochę lat, na to się zanosi!

Sama setlista w zamyśle miała być odświeżona i tym samym starsi fani nie doczekali się zbyt wielu kawałków chociażby z „Necroticism”. Cóż, ja nie kryję zadowolenia, nowa płyta gra u mnie w odtwarzaczu niezmiennie głośno i bardzo cenię sobie raczej te nowsze wydawnictwa. Idziemy z duchem czasu, bez wątpienia zespół też ma prawo mieć dość ogrywania na koncertach wciąż tego samego materiału.

Reasumując: niech żałuje, kto nie był. Nie przyjmuję żadnych wymówek, żadnych zwolnień, a tym bardziej usprawiedliwień. To było polskie święto metalu, gdzie wraz z tłumem wiernych można było oddać się w objęcia najlepszych riffów od jednego z najlepszych zespołów. Nic dodać, nic ująć.

Nie oceniam wydarzeń jak recenzji, ale gdybym miała to zrobić, to ten koncert zasługiwałby co najmniej na 9/10. Poproszę o dokładkę w najbliższym czasie!

Specjalne podziękowania kierujemy w stronę warszawskiego klubu Progresja za zorganizowanie wydarzenia oraz udzielenia nam akredytacji dziennikarskiej. Liczymy na dalszą, niemniej owocną współpracę.

www.progresja.com
www.facebook.com/ProgresjaMusicZone
Adres: ul. Fort Wola 22, 01-258 Warszawa
Telefon: +48 22 460 57 60 (Biuro)
Telefon: +48 22 637 20 35 (Progresja Cafe)
Email: klub@progresja.com

Iwona Lewandowska