Belphegor „Conjuring the Dead” – recenzja

Austriacka formacja prezentuje nam swój dziesiąty album w dorobku. Wraz z nim wokalista, Helmuth, wraca po ciężkiej chorobie, z której wyszedł obronną ręką. Bądźcie pewni, że na tym albumie będzie chciał się odgryźć za wszystkie czasy, w końcu zaliczył małe… zmartwychwstanie. I naprawdę jest głodny zemsty!

Lekko filozofując, różne wydarzenia mają wpływ na materiał zawarty na albumie. Od tych bardziej intymnych po te nie dotyczące bezpośrednio tekściarza. W tym wypadku nie ma wątpliwości- Helmuth wcielił się w rolę wojownika, przezwyciężył chorobę, która z pewnością dodała mu tylko motywacji do stworzenia nowego bluźnierczego dzieła. I tak otrzymujemy „Conjuring the Dead”, być może właśnie najbardziej bluźnierczy i perwersyjny twór w dorobku formacji. Wyraźnie wyciągnięty środkowy palec. Kto zaszedł za skórę chłopakom? Zaraz się przekonamy.

 

Jako pierwszy trafił do sieci kawałek „Godsmack terror”. To już był pierwszy konkretny cios zadany od strony zespołu. Mocny tekst i bezkompromisowe brzmienie. Nie zapowiadał jeszcze on całokształtu płyty, ale był bardzo ciężkostrawnym wprowadzeniem. Od razu można było się domyślić, że to dopiero początek, że dopiero będzie się działo… i stało się faktem. Posłuchajcie:

 

Drugim genialnym kawałkiem, do którego powstał niemniej genialny teledysk jest utwór tytułowy „Conjuring the Dead”. Teledysk taguję jako „must seen”, a więc klikamy:

Bardzo przypomina mi on okres „Pestapokalypse VI”, konkretniej nawet kawałek „Hell’s Ambassador”. Ta sama potęga brzmienia, te same techniki wokalne. Baaardzo cieszy mnie taki powrót, bo takiego Belphegor’a zaczęłam słuchać! A chłopaki najwyraźniej zapamiętali jak podbija się serca fanów, bo jestem pewna, że wielu z Was właśnie takich melodii oczekuje. Sam scenariusz klipu skierowany jest przeciwko religii, księżom itp. itd. Taki standard, a co tam.

 

Kolejny kawałek, o którym warto wspomnieć, to albumowa trójka o tytule „In death”. Brutalność w połączeniu z wwiercającymi się w mózg solówkami. Urozmaicona kompozycja, zmiana, tempa, szybkie, kąśliwe riffy, świetnie wpasowany wokal. Słucha się kawałka z największą przyjemnością, bo widać, że aranż jest przemyślany. Nie ma tu przypadków, a będzie jeszcze kilka innych zaskoczeń na krążku, które udowodnią, że Belphegor to nie napierdzielanie „byle najgłośniej i najszybciej”. Niedaleko trzeba szukać, kolejna pozycja „Rex Tremendae Majestatis” rozpoczyna się akustycznym intrem. Wokal utrzymany jest w lekko nostalgicznym tonie, a całość charakteryzuje po raz kolejny ciekawy aranż. A Helmuth… cóż. Coś niesamowitego, że wrócił do studia w takiej formie! Ma warsztat i wie jak go wykorzystać, do czego zresztą nas już przez wszystkie lata grania przyzwyczaił. Szczególnie budowanie kontrastu poprzez użycie różnych technik wokalnych to zdecydowany atut, dobrze słychać to w „Black Winged Torment”, na pozór przeciętnej produkcji, a jednak ma „to coś”. Zaraz po tym kawałku zespół serwuje nam coś specjalnego, nieco ponad minutową perełkę w postaci utworu instrumentalnego o dość głębokiej, a zarazem prostej nazwie „The Eyes”. Kolejny na liście kawałek „Legions of Destruction”, to jak nazwa wskazuje, destrukcja, chaos, uderzenie. Zresztą bardzo podobnie jak w „Flesh, bones and blood”. Płynność riffów, ich ciężar w połączeniu z melodyjnymi przejściami, to coś co mnie osobiście wbija w fotel. Na Was też powinno zadziałać, nie ma innej opcji.

Nie wiem kim jest niewiasta, która tak podpadła Helmuth’owi, że napisał kawałek o tytule „Lucifer, take her!”. Najwidoczniej nie obędzie się bez złożenia ofiary ku chwale rogatego, a jakżeby inaczej. Posłuchajcie tego wokalu. Czy Was też przechodzą dreszcze?

Na sam koniec „Pactum in Aeternum” to ewidentnie kawałek kończący dzieło. Kompozycja rozkręca się przez minutę, by następnie przejść w intro kończące płytę. Doklejając to do całości wychodzi bardzo zróżnicowany, pełen smaczków album. Panie i Panowie… This is Belphegor!

 

Cokolwiek bym nie napisała, bądźcie pewni, że Austriacy mają głowy wciąż pełne siarczystych brzmień. Nie wiem czy to najbardziej bluźniercza płyta w karierze Belphegor’a, ale nie na tym się skupiam. Sam zespół zapowiadał naprawdę brutalne dzieło i miałam już wtedy obawy, czy na pewno trafi do mnie produkt skupiony w pierwszej kolejności na łupance. A tu proszę… Jest zdecydowanie brutalnie i ciężko, ale z pomysłem, z głową.

 

Całość wypada baardzo pozytywnie, jestem mile zaskoczona tym wydawnictwem. Polecam fanom zarówno death, jak i black metalu, bo ten krążek potwierdza, że formacja prezentuje mix tych gatunków. Rzecz jasna na najwyższym poziomie.

9/10 kropel krwi

Iwona Lewandowska