Behemoth „The Satanist”

Płyta zespołu Behemoth – „The Satanist” jak dla mnie, to swego rodzaju zaproszenie do muzycznej opowieści o narodzinach Szatana, Lucyfera czy diabła oraz człowieku, jako istocie wątpiącej. To po prostu historia o tym, jak rodzi się „zło”, ale czy na pewno zło?

Już na dzień dobry dostajemy utwór „Blow Your Trumpets Gabriel”, a przecież jak zapewne nam wszystkim wiadomo św. Gabriel, to nie kto inny jak anioł zwiastowania m.in. śmierci, miłosierdzia i objawienia oraz zmartwychwstania. Toteż tym własnie kawałkiem zespół, zwiastuje nam narodziny wyżej wspomnianego Pana Piekieł.
Dmuchaj w swoje trąby Gabrielu, dmuchaj, bo o to rodzi się ten, który zasiądzie na tronie piekielnym i narobi sporo zamieszania na ziemi – tymi słowami wydaje się, witać słuchacza singlowy kawałek zespołu. Kawałek, który dla potencjalnego zjadacza chleba, nie będzie wcale łatwą lekturą, gdyż tak jak i pozostałe utwory na płycie naszpikowany jest Biblią i różnymi mitologicznymi stworami. Ale o tym za chwilę.

„Blow Your Trumpets Gabriel”, to twór pełen niepokoju i grozy. Twór, który za sprawą psychodelicznej perkusji i gitar, wprowadza nas niejako w trans, który ma nas przygotować do tego, co Panowie z Behemoth zaserwowali nam w dalszych numerach. Twór, który ma uśpić naszą czujność tylko po to, by kolejnym utworem „Furor Divinus” zbudzić nas z tego letargu umysłu, w dość brutalny sposób i pokazać nam jacy maluczcy jesteśmy, wobec Boga (kimkolwiek ów bóg by nie był), lecz wcale nie gorsi. Pokazuje nam, że w każdej chwili możemy powiedzieć: „Nie”. Przeciwstawić się temu co nam nie pasuje, z czym się nie zgadzamy i walczyć o swoje poglądy, wartości. Przeciwstawić się tak jak Upadły Anioł, który postawił na swoim, który zaryzykował. Oczywiście został wygnany przez ten bunt z Raju, ale po wygnaniu, stworzył swoje własne Królestwo. Swoje własne Imperium.

A mając Królestwo, trzeba i zebrać poddanych. Ludzi, którzy są odważni, dzielni i się nie boją walczyć o swoje. Ludzi, którzy są gotowi walczyć w imię wspólnego celu, jakim jest nie pozwolenie na odebranie nam człowieczeństwa, nie pozwolenie na stłamszenie naszego „ja”. Nie pozwolenie nam na racjonalne myślenie, a jedynie na bezmyślne podążanie za fałszywymi prorokami. Aby takich ludzi zdobyć, zwerbować, czas zorganizować „Czarną Mszę” („Messe Noire”) i modlić się z nimi, podczas jej odbywania o to, by Imperium się rozrastało, rosło w siłę, ku niezadowoleniu co poniektórych. A skoro jesteśmy już przy temacie modlitw, to własnie w kawałku „Messe Noire” otrzymujemy fragment doksologii, czyli znany Chrześcijanom akt wielbiący Boga:

„As it was in the beginning
Now and shall ever be
…World without end
Amen”

„Jak była na początku, jest teraz i trwać będzie
Na wieki wieków! Amen”.

Parafraza? Tekst, który pierwotnie wychwala tego, co w Niebiosach, teraz jest tekstem wychwalającym zasiadającego na tronie w Piekle i mającego rzeszę oddanych mu wiernych. Aż chce się powiedzieć, czy raczej napisać, że bardzo grzesznie Nergal, zabawia się ze słuchaczami, ale chyba nikt nie ma do niego pretensji, o ten rodzaj zabawy, prawda?
Ludzie zwerbowani, silni, dzielni i gotowi, stoją przed obliczem upadłego anioła, Lucyfera i proszą go by się za nich modlił „Ora Pro Nobis Lucifer” (Módl się za nami Lucyferze”). Ten, który potrafi skusić pod postacią węża i doprowadzić do wygnania z Raju. Ten, który niesie światło, ten, który potrafił popsuć boski plan o wiecznej utopii, któż ma większą władzę, od niego? Niech świat, kosmos i ten w Niebie trzęsie się ze strachu, bo nikt prócz niego, nie zna dnia ani godziny, gdy Szatan zapragnie wyjść z piekła na ziemię i rozliczyć się w imię starych porachunków wraz ze swoimi poplecznikami np: Azazelem czy Abaddonem. Tak zdaje się mówić, w moim odczuciu własnie utwór „Ora Pro Nobis Lucifer”. Utwór, w którym to z kolei dostajemy fragment modlitwy „Ojcze nasz”. Był czas na wychwalanie Szatana, jest i czas na obrażanie wielbionej przez ludy Chrześcijańskie św. Marii z Nazaretu, kobiety, której chyba nikomu przedstawiać nie trzeba Uosobienie dziewicy, córy Syjonu. Czas na pokazywanie, w kawałku „Amen”, że święta, stawiana wielu za wzór do naśladowania, pokorna i posłuszna bogu, wcale taka święta nie była, że po prostu, kult tej Pani jest mocno przereklamowany. W tym numerze także, do Maryi skierowana jest jedna mała prośba. Prośba o to, by nie ważyła się modlić za nas. Ani teraz, ani nigdy. Prośbą tą jest parafraza z użyciem modlitwy „Zdrowaś Maryjo”.
„The Satanist”, kolejny, szósty już numer na płycie i tytułowy. Jak dla mnie opowiada o Jezusie, jako człowieku, który wyzbywa się tego co boskie, dokonuje takiego swoistego aktu apostazji i świadomie jako istota myśląca, wybiera, mając przecież ofiarowaną przez boga wolną wolę, to co jest dla niego lepsze, czyli wolność. Wolność myśli, wolność słowa, wolność wyborów, bez poczucia grzechu i kary za ich dokonanie. Jezusa, który nie chce poświęcić swojego życia w imię, kaprysu swojego ojca. Jezusa, buntownika. „Ben Sahar”, czyli „Syn poranka”, to innymi słowy Lucyfer. Lucyfer, który opowiada nam, że nie wierzy w Baranka Bożego ani w jego kłamstwa. Opowiada, jak to ma zamiar rozprawić się z bogiem, pokazać mu, że jest od niego silniejszy, że ma od niego większą moc. Tym samym zachęca nas do walki z bogiem i jemu podobnymi. Do walki też z tymi, którzy bogu służą i wierzą w niego:

„With prayer on lips
With freedom bequeathed
Thru fire we walk
With fire in hearts!.”

„Z modlitwą na ustach. Z zapisaną wolnością. Poprzez ogień idziemy, z ogniem w sercach!”.

Czy trzeba większej zachęty? Oczywiście, ja odbieram ten fragment, po swojemu, czyli: „Silni wiarą w Pana Piekieł, idziemy na wojnę z ciemnotą, bogobojnych dusz.” Ale jak wiadomo, każdy interpretuje, tak jak chce.
„In the Absence ov Light” – A co jeśli nastanie ciemność? Wszak non stop trąbią w telewizji, że już za moment, już za chwilę i trzeba będzie się żegnać z tym ziemskim światem. Z rodziną, przyjaciółmi, chomikiem, czy ze znienawidzonym psem sąsiadów, który co rano budzi nas głośnym szczekaniem na klatce schodowej. A co jeśli nie ma boga? Co jeśli te wszystkie nasze modlitwy, podziękowania za dar życia, czy różnego rodzaju groźby, przekleństwa skierowane do boga w chwili, gdy ten dar życia tracimy, bądź tracą nasi najbliżsi, trafiają w próżnie? A co jeśli nie ma i Szatana? Myśleliście kiedyś na ten temat? Zastanawialiście się nad tym? Jeśli nie, to słuchając kawałka „In the Absence ov Light”, możecie to zrobić. Bowiem o to jest utwór, człowieka wątpiącego. Człowieka, który niczym jak św. Tomasz, nie uwierzy dopóty – dopóki nie zobaczy. A kogóż ujrzeć może człowiek, jak nie drugiego człowieka? Któż, mimo różnic związanych z pochodzeniem, kolorem skóry, barierą językową, poglądami i gustem, wciąż pozostaje taki sam? Człowiek własnie. Cytat ze Ślubu – Gombrowicza, idealnie wpasowuje się do tego utworu, idealnie oddaje jego charakter i wymowę. Dajcie mi człowieka, bo tylko on jest taki jak ja. Tylko on w podobny mi, ludzki sposób może czuć to co ja i odbierać świat tak jak ja. Nawet jeśli Szatan istnieje, niech istnieje, ale ja, człowiek stąpający po ziemi, póki na tej ziemi jestem, chcę wierzyć w kogoś podobnego do mnie. Szatanowi to co Szatana, a człowiekowi to co człowiecze. Chociaż czasami, warto sięgnąć po to, co jest ukryte, tajemnicze. Po to, co nie jest tak oczywiste i łatwe, jakbyśmy tego oczekiwali. Bo co jeśli jednak bóg istnieje? Co jeśli istnieje i Szatan? Co jeśli bóg ma wiele imion i kryje się pod wieloma postaciami? Czy nie czas wtedy, aby zawołać: „O Father O Satan O Sun!” ? W utworze tym otrzymujemy swoistą modlitwę, bądź swoisty krzyk, dzieci pokornych, do Szatana Ojca, oraz bezgłowego demona jak również greckiego bóstwa natury, wina i patrona żniw. Otrzymujemy także fragment z „Liber Samekh” – Aleistera Crowleya. Utwór, który odbieram jako, posypanie głowy popiołem, za wcześniejsze chwile zwątpienia i pokazanie niejako, Szatanowi, że ja, Twój sługa, o to tu jestem, stoję i modlę się do Ciebie. Jestem tutaj z moimi wadami i zaletami. Taki doskonale, niedoskonały. Pamiętaj o mnie, gdy śmierć zamknie moje oczy. Nie wyobrażam sobie, szczerze mówiąc, żeby jakikolwiek inny kawałek z tej płyty mógł, ją zamykać.

Płyta dla mnie jest bardzo spójna, chociaż nie jest to koncept album. Znajduje się na niej mnóstwo wolności, przestrzeni i trudno aby mogło być inaczej. Trudno, aby na albumie, który jest swoistym manifestem wolności, zabrakło jej pod kątem muzycznym. Czuć, podczas słuchania „The Satanist”, że Panowie, dali sobie wolną rękę. Wolną rękę do tworzenia, komponowania i grania po prostu. Jednakowoż album, kojarzy mi się trochę z książką Bułhakowa „Mistrz i Małgorzata”. Kojarzy mi się, pod względem podobieństwa między Szatanami. Zarówno ten opisany w książce jak i ten na płycie, wcale taki zły nie jest, jakby to się mogło wydawać. Szatana z powieści Michaiła Bułhakowa opisywać nie będę, bo chyba każdy w Was, doskonale zna tą powieść. Natomiast skupię się nieco na tym, który znajduje się na dziesiątej już płycie zespołu Behemoth. Szatan, Lucyfer, czy jakby go inaczej nie nazwać, przedstawiony jest tutaj jako taki, swoisty dobry duch ludzkości, który apeluje do nas. Tutaj przedstawionych jako Satanistów, o to, abyśmy nie bali się walczyć o swoje. Woła nas, a raczej nawołuje o pójście po rozum do głowy. O porzucenie w imię wolności, kajdan religii i z jaką zostaliśmy związani, bez naszej zgody. Pokazuje nam, że wiara oraz narzucone przykazania z wiarą związane, to niepotrzebne ograniczenia. A przecież jedynymi ograniczeniami, które powinny nam, towarzyszyć podczas, tej naszej ziemskiej wędrówki, powinny być tylko te ograniczenia, które sami sobie stworzymy, a nie te które narzucają nam inni, pod płaszczykiem wiary w bogów. Mówi nam, że używając racjonalnych argumentów, powinniśmy pokazywać innym ludziom, że można żyć bez oddawania czci wyimaginowanym bogom. Że sami sobie kreujemy nasze życie i decydujemy jak ono ma wyglądać. Że żaden bóg, żadne bóstwo, żaden święty za nas decydować nie będzie i nie poprowadzi nas przez życie. Że możemy wybrać wolność i żyć tak jak sami tego chcemy. Że powinniśmy iść na taką, metaforyczną wojnę z tymi, którzy usilnie próbują nas przywiązać do religii, nie licząc się zupełnie z naszymi poglądami. A także przedstawia nam, że to co pierwotnie wydaje się złe, niedobre w rzeczywistości może być zupełnie inne.

Podsumowując, nie taki Szatan straszny jak go malują. Z bardziej ludzką twarzą, niż by się to nam mogło wydawać i taki jakiś po prostu… dobry Dla mnie bardzo dobry. Bardzo dobry pod kątem muzyki, która może i nie jest brutalna, ale umie walnąć w twarz, do cna zgwałcić (ale jaki to przyjemny gwałt ) nasze uszy i umysły oraz wprowadzić w trans. A także bardzo dobry pod kątem tekstów, nad którymi trzeba trochę posiedzieć by w pełni je zrozumieć, by się w nie zagłębić, by pojąć o co tutaj w nich chodzi. Słuchając tej płyty odbywamy taką muzyczną wędrówkę, niczym Ebenezer Scrooge Tyle tylko, że my zwiedzamy piekło, oraz widzimy jak Szatan, buntuje się przeciw religii, z którą się nie zgadza i buduje to swoje Podziemne Królestwo. Płytę pokochałam w całości, bo tylko tak powinno się tego albumu słuchać. Jako całość, a nie jako wybrane utwory. Oceniam „The Satanist” 10/10 i śmiało stwierdzam, że jest to najlepszy krążek tego roku, chociaż on się dopiero zaczął.

Atharjatha