Korn – „The Paradigm Shift”

Korn jest zespołem łamiącym wszelkie schematy, a przykładu nie trzeba daleko szukać. Ostatnia płyta pt. „The Path of Totality sporo namieszała, poraziła dawką eksperymentalnych brzmień i podzieliła fanów. Słuchając tego krążka nie mam wątpliwości, że zaciekawi, a zarazem zjednoczy on rzesze starszych fanów, obecnych i pozyska nowych. Panie i panowie – Korn is back!

1. „Prey for Me”
2. „Love & Meth”
3. „What We Do”
4. „Spike in My Veins”
5. „Mass Hysteria”
6. „Paranoid and Aroused”
7. „Never Never”
8. „Punishment Time”
9. „Lullaby for a Sadist”
10. „Victimized”
11. „It’s All Wrong”
12. „Wish I Wasn’t Born Today”
13. „Tell Me What You Want”

Pierwszym symptomem, jakoby Korn wrócił na stare śmieci, był powrót Head’a do składu. Ochrzcony w rzece Jordan Brian, wyznania religijne odstawił najwidoczniej na bok. Autor autobiografii „Zbaw mnie ode mnie samego: Jak znalazłem Boga, rzuciłem Korn, zerwałem z narkotykami i dożyłem, by opowiedzieć moją historię” ma prawo do zmiany poglądów i chwała mu za to, bo miliony fanów już cieszy się nowym albumem, w który jak da się usłyszeć, gitarzysta włożył wiele pracy.

I od „Prey for me” już słyszymy tę zależność. Ciężkie, głębokie brzmienie i wyraźna linia perkusji. Jesteśmy w domu. Udany wstęp, aczkolwiek to tylko przedsmak. „Love & Meth” atakuje jeszcze mocniej, głośniej… Najbardziej różnorodny i kopiący w dupsko kawałek na płycie. Prawdziwe oblicze Korna zostało ujawnione, a co będzie dalej?

Dub step i inne elektro-brzmienia odchodzą w niepamięć? A mimo to pomysłowości chłopakom nie brakuje. Materiał jest urozmaicony i nie nudzi słuchacza. Np. niewinnie zaczynający się „Spike in My Veins” pieszczący uszy delikatnym brzmieniem gitar, charakteryzuje dla odmiany absolutnie wbijający w fotel refren. Mała uwaga odnośnie całości- czytałam sporo opinii na temat albumu, a w nich fani zwrócili uwagę, że temat elektroniki nie do końca został zamknięty. De facto zespół np. w opisywanym utworze zaczerpnął nieco z elektronicznych brzmień. Według mnie zaledwie tyci tyci i słusznie, ale pozostawiam ocenie każdemu z osobna.

Mała specjalność zakładu kryje się pod numerem 5. Kompozycja osadzona mocno w starym stylu, z kopytem. Korn jest bezapelacyjnie w szczytowej formie – nie zawodzi, nie rozczarowuje.

Ciężko powiedzieć które kawałki są lepsze, które gorsze… Na pewno pierwszy singiel jest mocno zauważalny. „Never, never” podbił moje serce od pierwszego przesłuchania. Kompozycja spisała się na medal i tym samym dała idealny pogląd na płytę.

Z kolejnych ciekawszych momentów warto uwzględnić „Punishment Time”. Ciężkie gitary w połączeniu z łagodnym wokalem działa na 102. Kawałek broni się dzielnie i trafia w punkt.

Wiele jeszcze byłoby do pisania, ale chodzi o to, by fani sięgnęli po wydawnictwo, a nie poznawali go po recenzji. Reasumując dochodzimy do wniosku, że Korn ma się dobrze i działa jak trzeba. Lata lecą, ale na próżno szukać drugiej tak grającej formacji. Z tak bogatą dyskografią, opiewające w niezwykle klimatyczne brzmienia. Sto lat!

Solidny krążek, nic dodać, nic ująć.

9 kropel krwi na10

Iwona Lewandowska