Presidents Of Noise – No Revolution

Presidents Of Noise – No Revolution

Pisanie recenzji dla tradycjonalistki i zagorzałej wyznawczyni swych obsłuchanych już od lat zespołów jest nie lada wyzwaniem. Jednak we wszystkim dojrzeć można pozytywne strony – zapewne moja ocena będzie najobiektywniejszą z jaką mieliście do czynienia kiedykolwiek.

Jako, że bywam nazbyt pedantyczna i tym razem postanowiłam obrać tę ścieżkę, a w związku z tym, że nazwa zespołu nie była w stanie wiele mi powiedzieć to przekopałam Google pod hasłem: „Presidents of Noise”.
Zaciekawił mnie fakt, że zespół ten pochodzi z Polski, bo mam wielki sentyment do rodaków Cóż więcej? Bez zbędnych wstępów jestem gotowa na przygodę z ich płytą!

Po pierwszych dźwiękach otwierającego płytę kawałka mam wrażenie, że ktoś omylnie dopisał „No” przed słowem „Revolution”. Raczej napawa mnie chęć podniesienia dupska i zbojkotowania pół miasta.
Słuchając „Cigarertte break” nie zawalamy sobie głowy stertą niepotrzebnych schematów. To spotkanie z „ciężkimi riffami z sensem”. Na szczególną uwagę zasługuje efekt wokalny zastosowany przez wokalistę.
Dodatkowo przejścia z wokalem brzmią tysiąc razy lepiej niżeli miałoby to miejsce przy braku linii wokalu, co zdarza się wokalistom rzadko. Wokal dopracowany w 100 procentach, a wokalista lubi się nim bawić.
Kawałek drugi i mamy okazję zapoznać się z tytułowym utworem „No Revolution”. Jak wcześniej wspominałam – tytuł bardziej obrazuje tekst, aniżeli muzykę.
Nie braknie w nim melodyjnych zagrywek, ale nie róbcie sobie nadziei na melodyjki rodem z szwedzkiego melodeath’u. Wszystko dokładnie oplecione jest w ciężko brzmiący riff, co nie pozwala przemianować gatunku zespołu na melodyjny death.
Z trzecim kawałkiem zwalniamy tempo. Zaczyna się on słownym wstępem i jest to słuszne urozmaicenie. Jego najmocniejszą stroną jest refren, który faktycznie w połączeniu z czystym wokalem i melodyjnym riffem potrafi przyciągnąć. Co tu dużo pisać, dla mnie jeden z najlepszych kawałków na płycie.
Zdecydowanie gdybym układała tracklistę umieściłabym go na początku, gdyż w przeciwieństwie do „Cigarertte break”, słuchając go czuję się pozytywnie zaskoczona.
W tym momencie zespół powinien kupić potencjalnego słuchacza. Nawet jeśli nie, to sądzę jednak, że oferta zespołu potrafi zaciekawić w takim stopniu, ażeby wykazać gotowość na więcej!
Czwarty na liście , „Guzzler” to typowy metalcore’owy kawałek. Mnie nie bardzo rusza, ale kilkukrotna zmiana tempa sprawia, że utwór nie jest monotonny.
Piąteczka i znów czuję melodeath… I mogę lecieć w pogo, natychmiast! Zaskakujące jest to, że ledwo uniesie mnie powiew melodyjek to szybko spadam na ziemie i dostaję kopa heavy riffem, ot co. Wrażenia? Sporo plusów z mojej strony za mix.
„NRG vampire” jest jednowątkowym utworem. Według mnie śmiało można by było go pominąć i nie straci się na tym. Kłębią się myśli co do amerykańskiego stylu oraz nasuwa się tysiące porównań do innych zespołów, tylko… po co? A może po prostu dopada znudzenie płytą?
Ja jednak uważam, że chłopaki zasługują na przesłuchanie płyty do końca!
„Nightmare” daje powód do ruszenia w wir pogo. To kolejny utwór godny uwagi, brawo! Ma w sobie „to coś” i ma prawo się spodobać. Od początku do końca prezentowany poziom jest co najmniej zadowalający.
To lubię – pomysł i konkretna realizacja. Takie wrażenie odnoszę słuchając tego kawałka, którego wpisuję na listę ulubionych. Może czasem warto trzymać się wcześniej narzuconych schematów? W tym wypadku na pewno!
Niekoniecznie brzmienie gitar w „Metal supply point” jest moim ulubionym, ale mocy ujmować mu nie mogę. Może nie schematyczny, ale bardzo prosty utwór, w którym troszkę zabrakło pomysłu. I krzyk wokalisty momentami drażniący… Trzecie przesłuchanie i po minucie przełączam na kolejny numer w oczekiwaniu na ciekawsze zakończenie.
Nie przepadam za łączeniem typowo metalowego wokalu (growl, scream) z wokalem czystym, aczkolwiek w tym wypadku brzmi to tak, jakby nie mogłoby być inaczej. Plus! Fani melodeath’u? Mnóstwo wpływów owego gatunku słychać właśnie w „Bin your planet” i bądź co bądź, ale mi to odpowiada i nie pozwala odstawić tej płyty tak po prostu na półkę…

Zespół prezentuje styl, który nigdy nie znajdzie się w gronie moich ulubionych. Nigdy jednak nie pozwalam sobie ze względu na nieodpowiadający gatunek przekreślić zespołu!
Jestem zadowolona, że miałam okazję przesłuchać płyty chłopaków. Daję słowo, że miło będę wspominać kawałki: „Pirytes”, „Wake up dead” oraz „Bin your planet”.
Fani gatunku nie powinni być znudzeni, dlatego z czystym sumieniem polecam płytę.
Krążek nie budzi zastrzeżeń od strony technicznej, a bijący z niego profesjonalizm może tylko zachęcić do przygody z nim i… nawet zagoszczeniem na gigu.

http://www.facebook.com/PresidentsOfNoise

Iwona

Jedna odpowiedź na „Presidents Of Noise – No Revolution

  1. Wioletta pisze:

    Uwielbiam tą stronę !!! Pozdrawiam Serdecznie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *