Devilish Impressions – Simulacra

01. Icaros
02. Legion of Chaos
03. Lilith
04. Fear no gods!
05. The Scream of The Lambs
06. Spiritual Blackout
07. Vi Veri Vniversum Vivus Vici
08. The Last Farewell
09. Solitude

Zmierzyć się z muzyką zespołu Devilish Impressions to nie lada wyzwanie. Chłopaki już dawno wyrobili swoją własną markę i konsekwentnie podbijają zarówno polski jak i zagraniczny rynek.
Przyznam, że do tej płyty podchodzę narzucając z góry wysoką poprzeczkę, wspominając miniony album, który jeszcze wiruje mi gdzieś tam w głowie…

Bez zbędnych wstępów: zespół serwuje nam na początek utwór „Icaros”, którego każdy fan miał okazję posłuchać przedpremierowo. Wiadomo, że żaden kawałek nie wprowadziłby takiego napięcia oddając przy tym charakter całej płyty. To zdecydowane uderzenie, idealne by móc nim rozpocząć przygodę z krążkiem! Będzie gotycko, będzie ciekawie riffowo, będzie wokal mieszany, będzie słychać perkusję i… spotkacie się z niebywałą harmonią w połączeniu tych wszystkich elementów.

Panie i Panowie, oto Devilish Impressions!!!.

Utwór „Legion of Chaos” był długo wyczekiwanym przeze mnie kawałkiem. Jeżeli po przesłuchaniu pierwszego utworu myślicie, że chłopaki nie dadzą Wam nic lepszego niż krążkową jedynkę to jesteście w błędzie. Dwójka to również istny majstersztyk! Współbrzmienie keyboardu i gitar z perkusją powala. To idealne połączenie sprawia, że utwór ma duszę, a chłopaki nie dają chwili wytchnienia. Jeśli chodzi o warstwę liryczną to Quazzare posługuję się słowami Charles’a Baudelaire’a z utworu „Obsession”. Jeśli zaś chodzi o refren to śmiało można wyobrazić sobie tłum na koncercie krzyczący: „Hail! We are the legion of chaos!” Chcąc nie chcąc, to hasło nie wypada z głowy. Ten utwór wkręca!

Gotowi na chwile uniesienia z Devilish Impressions? Jako trójkę chłopaki serwują pełen polotu, melodyjny i bardzo podniosły utwór, w którym dominują hipnotyzujące brzmienia. Nazwanie „Lilith” balladą nie ubliża mu w żadnym stopniu, gdyż jest to z pewnoÂścią ballada czysto metalowa i na wysokim poziomie. Dobra, po prostu przesłuchajcie tego songa i powiedzcie jaki inny zespół stworzył coś podobnego (wystarczająca zachęta?) 😉

Dosyć bujania w chmurach – utwór czwarty zawieje ostrzejszym brzmieniem i… wszystko jasne. Ciągle zastanawiam się nad wysublimowanym brzmieniem zespołu, które musi być konsekwencją oryginalnego stylu, całkiem odmiennego podejścia do muzyki przez chłopaków. Chwała im za to, że ubogacają naszą polską scenę metalową. Szybka perkusja w „Fear no Gods!” wiernie oddaje poprzednią płytę zespołu, znajdziemy tu spore powiązanie z nią. Dodajemy do tego czysty wokal i kwestie mówione i ot co wyszło napawać może jedynie zdumieniem. Totalna harmonia, a zarazem unoszący się w powietrzu chaos- love us or hate us. W klimacie przechodzimy do kolejnego utworu, „The scream of the Lambs”. Perkusja nie zwalnia. Gitary brzmią łagodnie, keyboard uzupełnia całość. Trwamy w wirze brzmiącej muzyki… dobrze brzmiącej muzyki. Warty uwagi dwugłos zdaje się być metaforą głosu ludu, trochę mniej tytułowych głosów jagniąt 😉

Skok do szóstego utworu wprowadza swoiste napięcie. Z oddali zbliża się do nas dźwięk gitary i wszechobecny element niepewności. Osiągając apogeum kontrastu dodaje nam kwestia mówiona. 100 procent powinności. Przebudził się i głos Quazzarre’a stając się drapieżniejszy aniżeli wcześniej. Brnąc dalej w utwór wokal staje się nawet brutalny, mimo iż w pewnych momentach karty rozdaje muzyka. Warto było czekać. Odmiennoklimatyczny twór, dojrzałe dziecko. Nie ma wątpliwości, że nie znalazło się ono tu przypadkiem. Szacun! Ciężkogitarowy wstęp do „Vi Veri Vniversum Vivus Vici” wprowadza nas do finezyjnego przejścia, a w dalszej kolejności dźwięków brutalnej stopy perkusyjnej, która wiedzie prym w tym numerze. Nie ma czasu na nudę. Pióra w ruch. Fani dawnego stylu Devilish Impressions będą zadowoleni. Smakowity kąsek niewymuszonego grania z przypisaną opcją rozruszania słuchacza. Strzał w dychę!

Przechodzimy do ósemki, czyli „The last Farewell” znanego przedpremierowo ze strony zespołu. Wtedy już byłam zakochana. Teraz patrzę na ten kawałek dość radykalnie i po prostu mogę dostrzec jeszcze większe piękno bijące z niego. Bez ściemy, polecam kilkukrotne przesłuchanie. Jest to jedna z najmocniejszych pozycji, warto być tego świadomym. Niepowtarzalne dopełnienie płyty. Początkowo, kończąca zestawienie dziewiątka niesie ze sobą łagodne brzmienie gitar i (gdzieś z oddali) grzmotów. Po włączeniu do gry perkusji i keyboardu mamy powód do kolejnych uniesień. Tak, zespół serwuje nam na koniec intrumentalny utwór, który oddaje prezentowany styl i brzmi naprawdę imponująco! Jest miejsce na łagodne solo połączone z dźwiękami klawiszy. Można wejść w ten utwór i poczuć go w pełnej okazałości. So, close your eyes and feel it!

Być może fani ostrzejszych kawałków zespołu będą mieć im za złe, że koncertowa „napierdalanka” poszła w… zapomnienie? Obalamy mit i wyprowadzamy z błędu. Devilish Impressions wydał ambitny album z inteligentną muzyką, co do której nikt nie ma prawa mieć większych zarzutów. Ten krążek przeniknie wewnątrz Was i namiesza w głowie, tylko wymaga odpowiedniego podejścia. Fani nie będą mieć z tym najmniejszego problemu.. a co z resztą? Sięgając po ten album wykazujesz ponadprzeciętną umiejętność oddzielania shitowych produkcji od perfekcyjnych brzmień. O tyle dobrze dla Ciebie, iż prawdopodobnie zasmakujesz w tym albumie i nie poprzestaniesz na nim…;-)

Iwona Lewandowska

Zobacz też:
Wywiad z zespołem Devilish Impressions

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *