Asgaard – Stairs To Nowhere

Długo wyczekiwany, bo aż 8 lat krążek zespołu Asgaard trafił w moje ręce. Jako, że z owym projektem nie miałam wcześniej do czynienia nie miałam wygórowanych oczekiwań co do tej płyty, co nie zmienia faktu, że  podeszłam do przesłuchiwań z wielkim zaciekawieniem. Let’s go!
Płyta zaczyna się ponad sześciominutowym utworem „Labirynth”. Zawiera on już w sobie jakby „intro” rozpoczynając się oldschoolowo od dźwięków perkusji, później klawiszy. Tworzy nam się typowo jazzowy klimat. Miło usłyszeć czysty wokal Quazarre’a 😉 Świetnie wpasowuje się on również w ostrzejsze partie gitary w dalszej części utworu. Każdy instrument wraz z wokalem odgrywają w utworze nie mniej ważne role. Mimo, iż utwór początkowo zapowiadał się na jazzowy numer, to fani metalu nie będą czuć się zawiedzeni- wstawki metalowe rzucją na kolana.
„Of pawn and king” nie pozostawia już złudzeń, że mamy do czynienia z metalowym zespołem. Kolejny raz muszę wspomnieć o wokalu. Słuchać, że Quazarre lubi kombinować, a efekty możecie ocenić sami. Dla mnie wartościowa i ciekawa kombinacja.
Trójka, czyli „God of the 3rd Millennium” jest dla mnie jednym z głównych punktów zaczepienia płyty. Wystepujący to podwójny wokal jest nadwyraz interesujący i funkcjonuje bez zarzutów. Riffy gitary prowadzą nas przez cały utwór. Na moment zapominamy o klawiszach. Nie uważam, że to najlepszy utwór płyty, bo wyłoniłabym spokojnie ich więcej, lecz to w moich odczuciach nietrudna do ogarnięcia, konkretna i oryginalna nuta.
Nietrudno przekonać się o wielkiej roli perkusji w Asgaard, gdyż po raz kolejny wprowadza nas do utworu. „Irradiance”, nasza czwórka, charakteryzuje się dość zlaną kompozycją, trudniejszą w odbiorze. Klimat utworu jest utrzymany do samego końca. Wracamy do dźwięków klawiszy i to w wielkim stylu.
Utwór numer pięć daje chwilę wytchnienia i relaksu. Rozpoczyna się od poruszających efektów, z których po pewnym czasie wyłania się głos Quazarre’a. Zdecydowanie nieprzeciętna kompozycja przeplatana ostrzejszymi partiami gitary. Szeptane teksty… Doszłam do wniosku, że trzeba potrafić „szeptać”. Tak, tak, Przemek czaruje nas po raz kolejny sym głosem w tym utworze.
Szóstka to po raz kolejny chaotyczne uderzenie. Jest to tzw. chaos kontrolowany. Asgaard potrafi po prostu zrobić mnóstwo szumu z sensem. Skupiamy się podwójnie na tym utworze, ponieważ jest on tytułowy. Po kilkukrotnym przesłuchaniu odnajdziemy w „Stairs to Nowhere” pewny schemat i przekonamy sie, że jest to godny uwagi song, którego tytułu z racji częstego przewijania się- nie zapomnimy 😉
„Cry of moribund butterflies” jest mistrzem napięcia. Zmiany tempa perkusji, stylu wokalu… Dołączcie do tego nie raz wychodzące na pierwszy plan klawisze i mamy schemat idealnego utworu. Jeszcze warto zaznaczyć, że atrakcyjność wokalu Quazzare’a to melodyjność w połączeniu z wokalem idącym własnym torem. Łączenie tych dwóch przeciwieństw tłumaczy oryginalność Asgaard.
Osoba, która pominie ósemkę słuchając tej płyty straci według mnie kandydata do podium spośród utworów znajdujących się na płycie. Co za ekspresja w refrenie przeplatana łagodniejszymi zwrotkami. Sam wstęp budowany przez gitarę akustyczną w połączeniu z efektem zdaje się być strzałem w dyche. Pełen polotu, poruszający song. Przemawiające, godne zakończenie płyty!

Fani powinni być zaspokojeni. Reszta, nie uciekająca od eksperymentalnych, oryginalnych brzmień również może pokusić się o ten album. Oby nie zmyliła Was okładka sugerująca nieco poetycki styl zespołu. O ile poetycki nie jest obrażającym stwierdzeniem, o tyle dodać do niego należy słowo „metal”.
Miłej podróży przez „Stairs to Nowhere”!

Iwona Lewandowska

Zobacz też:
Wywiad z zespołem Asgaard 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *