Tiamat – The Scarred People

Jako kobieta, lubię rzeczy ładne, zarówno pod względem zawartości, jak i opakowania. Mam więc niesamowitą słabość do okładek albumów dopieszczonych graficznie. Odyn jeden wie, ile razy zdarzyło mi się, kierując się moim zmysłem estetycznym, natrafić na wydawnictwa kompletnie niezdatne do słuchania. Daleko nie szukając – Kvelertak, Mastodon, bądź sporo albumów z okładkami autorstwa Johna Baizleya. Nie inaczej było w przypadku najnowszego krążka Tiamatu, bo pod naprawdę ujmującą okładką kryła się zawartość nie tyle zła, co… mizerna.

220px-The_Scarred_People

Żeby było jasne – mimo że muzyka gotycka to nie do końca mój konik, tak dobrze wykonana jest w stanie do mnie trafić i się spodobać. Ba, swojego czasu słuchałam całkiem sporo Tiamatu (co prawda tylko „Amanethes” w ilościach hurtowych i nieco liznęłam „Wildhoney”) i darzę ich na swój sposób sentymentem. Pamiętam jednak, jakiego kopa miały piosenki na tym albumie i jak długo potrafiły mnie prześladować w ciągu dnia. Dlatego też, nie podejrzewając niczego złego, włączam „play” na odtwarzaczu.

I, w zasadzie, nic się nie stało. Żadnej zawieruchy gradobicia tudzież grzmotnięcia obuchem w łeb. Zaznaczam przy tym, że nie chodzi tu o to, że album jest zdecydowanie spokojniejszy od poprzednika. Bo uważam, że łagodniejsze krążki też mają swój urok – w końcu czasem można dla odmiany przesłuchać czegoś bardziej kojącego. Na „Scarred People” mam jednak wrażenie, że muzyka się pełźnie tak powoli, że zaraz straci równowagę i się przewróci. Nazywając sprawy po imieniu –  ten album jest najzwyczajniej w świecie nudny. Byłam przekonana, że nic nie będzie mnie w stanie bardziej uśpić niż pamiętny koncert My Dying Bride na Master Of Rock 2008, kiedy to postanowiłam posłuchać ich koncertu z namiotu (pole namiotowe było bardzo blisko terenu festiwalu, więc nie stanowiło to problemu) i niemal natychmiast się zdrzemnęłam. A tu – proszę, Tiamat wydało „The Scarred People”. I znowu będę musiała się wspomóc dodatkową kawą.
Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że Tiamat na dobre pożegnał się z metalem już jakiś czas temu i to, co tworzą dzisiaj, jest drastycznie odmienne od tego, co płodzili w latach dziewięćdziesiątych. Jednak, przeglądając opinie na temat „The Scarred People”, nie jestem, zdaje się, jedyną, której nowe brzmienie zespołu bodzie w żebra. Przyrównanie do twórczości do Type O Negative (a wokalisty do Petera Steele dla ubogich) jest dość powszechne wśród recenzentów, acz ja dodałabym jeszcze, że imć Endlund chyba dostał od fanów (albo trolli) z Polski dyskografię Myslovitz, która dość mocno go zainspirowała. Tak czy inaczej, efekt finalny nie powala na kolana, przynajmniej mnie. Miło się tego słucha, ale, niestety, album wlatuje jednym uchem i wylatuje drugim. Jest co prawda kilka piosenek, które potrafią obudzić z drzemki, jak choćby i tytułowy „The Scarred People”, „Before Another Wilbury Dies” (który daje złudną nadzieję, że coś może się zaraz zacznie dziać) bądź „Thunder & Lightning”. Jednak w tak małej dawce uśpią nawet kogoś, kto przed chwilą wyżłopał trzy Red Bulle pod rząd. Z czystej ciekawości przesłuchałam również cover Lany Del Rey „Born To Die”, który doprowadził mnie do dwóch wniosków. Pierwszego – że jest to ten rodzaj przeróbki, który z dwóch niczego sobie kawałków robi jeden dobry (coś jak remiks „Koko Euro Spoko” i „Somebody I Used To Know” Gotye formacji Bliss, która zrobiła z dwóch irytujących numerów jeden prze-miodny). A drugiego, że z dziką radochą posłuchałabym tej wersji z wokalem Lany.

Osobną rzeczą, której pominąć nie mogę, a mnie osobiście działa na nerwy, są teksty. I to nie tyle teksty same w sobie, a często i gęsto pojawiające się rymy zaiste częstochowskie. Wiem, że to niby głupstwo, ale mnie autentycznie oczy zaczęły boleć od nadmiaru infantylnych zakończeń wersów – You passed out – now you’re back /But all the windows painted black. Na albumie na szczęście tego nie słychać, ponieważ Johan Endlund śpiewa w tempie kulawego ślimaka i ciężko to wychwycić. Ale mimo wszystko chyba wolę, jak piosenki są pozbawione rymów, zwłaszcza wpakowanych tam na siłę.

Resumując – nie jest to album na wskroś zły. Jest po prostu do bólu nudny i nijaki. „The Scarred People” nie jest również dobrym materiałem do zaczęcia przygody z Tiamatem, ponieważ może nowicjusza do zespołu całkowicie zniechęcić. Toteż wszystkich zainteresowanych crème de la crème Szwedów, odsyłam do wcześniejszych nagrań z lat dziewięćdziesiątych, a ten krążek zalecam sobie odpuścić. Opcjonalnie można go wykorzystać jako płytę zastępczą, kiedy zapodzieje się nam płyta z kołysankami dla dziecka.

01. The Scarred People
02. Winter Dawn
03. 384
04. Radiant Star
05. The Sun Also Rises
06. Before Another Wilbury Dies
07. Love Terrorists
08. Messinian Letter
09. Thunder & Lightning
10. Tiznit
11. Born To Die
12. The Red Of The Morning Sun

Ocena: 4 kropel krwi na 10

Slania