Ihsahn – Eremita

Ihsahn nie jest artystą, którego twórczość jest łatwa w odbiorze. Choćby i ze względu na jego barwę głosu (a raczej growlu), jak i muzykę, którą tworzy pod własnym szyldem. Jest to bowiem dość niebanalne połączenie, a mianowicie progresywny black metal. Zwłaszcza gdy jedna z części tego związku, black metal, jest gatunkiem charakterystycznym ze względu na pewien rodzaj ortodoksji, która obowiązuje przy jego tworzeniu. Ihsahnowi jednak udaje się utrzymać balans pomiędzy obydwoma składnikami swojej twórczości, nie ocierając się o przesadną pompatyczność i tworząc przy tym coraz to lepsze albumy. A przy okazji pokazując, że jest jedną z najbardziej wpływowych postaci wyrosłych z norweskiej sceny black metalowej we wczesnych latach dziewięćdziesiątych.

Nie będę ukrywała, że śmiałe kombinacje lubię i kapela na przysłowiowe „dzień dobry” jest w stanie mnie kupić właśnie jakimś niecodziennym splotem instrumentów. Tak właśnie było w przypadku „Eremity” – kiedy tylko w sieci ukazał się zwiastun albumu, przeszły mnie ciarki jak usłyszałam saksofon. Po czym zaczęłam odliczać dni do premiery, mając ochotę zadzwonić do Candlelight Records i wrzasnąć na samego Ihsahna, żeby w te pędy dał mnie do łapy moją płytę roku. Bo o ile ostatnia jego płyta z jaką miałam do czynienia, „angL” nie przypadła mi do gustu aż tak bardzo ze względu na wokal na płycie. Bo nie jest to typowy, „ryczący” growl, a momentami maniera Ihsahna brzmi, jakby się okrutnie męczył. Jednak taka różnorodność muzyczna, jaką dostałam wraz Pustelnikiem, powaliła mnie na kolana i dość długo trzymała w tej niewygodnej pozycji. I uważam, że to dobrze. Black metal jest gatunkiem i tak dość hermetycznym, a dzięki wzbogaceniu muzyki o nowe elementy, zespół może tylko zyskać.

A Ihsahn eksperymentować się nie boi. Oczywiście, miejscami jest i bezkompromisowo, bo pamięta on o swoich korzeniach. Tu i ówdzie mamy do czynienia z kawałkami niemal czysto progresywnymi (np. „Instrospection” z gościnnym występem Devina Townsenda), które zaledwie zostały muśnięte blackowym pazurem. Zaś ponurym kolosie takim jak „The Grave” mamy właśnie tą osławioną partię saksofonu, od której to właśnie pół internetu dostało, delikatnie mówiąc, apopleksji i jęło rzucać soczystymi wszetecznicami w stronę Ihsahna. Istotnie, saksofon to ostatnia rzecz, której moglibyśmy się spodziewać jego płycie. Acz osobiście mi ten element nie przeszkadza, a ponadto w moim odczuciu brzmi tak, jakby był zagrany, gdyby saksofon faktycznie był instrumentem black metalowym. Jak pisałam kilka linijek wcześniej, Ihsahn pamięta skąd się wywodzi i oddaje hołd swoim korzeniom z niesamowitą klasą. Unosząc go w ten sposób, moim skromnym zdaniem, do rangi sztuki. „Eremita” potrafi czarować subtelnością, aby następnie przywalić nam prosto w twarz swoim ciężarem. I czyni to w tak harmonijny sposób, który nie przyniosie szkody żadnemu z nas – z pewnością nie zostanie nam dane usnąć przy partiach progresywnych, a jeśli już to się przytrafi, to zaraz zostaniemy poderwani przez sute partie gitar.

Właśnie ta harmonia tworzy tą upiornie piękną atmosferę. Daleko jej co prawda od rozmachu wielbionego przeze z dokładnie tego samego powodu Septicflesha, ale nawet jej adekwatna do tytułu przaśność potrafi sprawić, że zanurzymy się po uszy w krainie niebezpiecznej, ale urzekającej zarazem. To prawda, przemierzanie jej może zmęczyć i wydaje mi się, że aby ją dobrze odebrać, trzeba być do niej odpowiednio nastawionym. Z pewnością nie jest to płyta, którą możemy sobie puścić, żeby grała „w tle”. Raz, ze względu na jej różnorodność, a dwa, gatunkowo jest to ciężki orzech do zgryzienia. Bo „Eremitą” można, a wręcz należy, się rozkoszować i smakować go niczym najlepsze wino, trzymane przez właściciela winnicy na szczególne okazje. Które z pewnością zapadnie nam w pamięć na bardzo, bardzo długo.

Tracklista:
01. Arrival
02. The Paranoid
03. Introspection
04. The Eagle And The Snake
05. Catharsis
06. Something Out There
07. Grief
08. The Grave
09. Departure
10. Recollection (w edycji limitowanej)

Slania