Tarja Turunen ‎– The Shadow Self

Tarja Turunen, była wokalistka zespołu Nightwish od lat raczy nas swoimi albumami solowymi.

W tym roku dokonała ciekawego zabiegu, najpierw wydając jakby zapowiedź albumu w postaci płyty „The Brighest Void”. 

Właściwy album „The Shadow Self” ukazał się 5 sierpnia i przeanalizujemy go dla Was kawałek po kawałku.

Tarja2

Innocence –  rozpoczyna się solo fortepianowym. Podobne usłyszymy tez w dalszej części utworu. W ogóle motywem przewodnymi są figuracje i kaskady fortepianowe. Wzniośle partie symfoniczne Goszcza tutaj jak i w pozostałych zawartych na albumie piosenkach. Tarja już od pierwszego utworu przypomina nam o swoim znaku rozpoznawczym: wysokie operowe pienia okraszone są  charakterystycznym vibratto. Tekst wydaje się być dość tendencyjny, lecz nie jest to zarzutem zważywszy, iż jest to element typowy dla tego rodzaju muzyki. Całości smaku dodają ostre surowe gitarowe riffy.

Deamons in you – zaczyna się szarpanymi gitarami i clangiem na basie. Riff taki rzadko jest spotykany w muzyce uprawianej przez tego typu zespoły. Meskie screamingi  i żeńskie wokale w dolnym rejestrze przechodzą na wysokie dźwięki dopiero w refrenie. Pojawiają się tu tez doskonale partie w rejestrze piersiowym z którego Tarja nie jest specjalnie znana. W nagraniu gościnnie wzięła udział Alissa White-Gluz z zespołu Arch Enemy.

No bitter end – rozpoczyna się sugestywnym słodkim wokalem. Następnie metalowym riffom towarzysza kobiece wokalizy. Wyobrażam sobie ta linie melodyczna w wykonaniu jakiegoś sprawnego heavy metalowego wokalisty. Brakuje mi to odrobiny ekspresyjnej drapieżności, ale to może tylko moje subiektywne odczucie.

Love to hate – znowu pasaże fortepianowe splecione tym razem z gitarowymi melodiami. W tym utworze Tarja odkrywa swój talent dramatyczny co przywodzi mi na myśl bardziej musicalowa niż operowa manierę. Wszystkie partie rzecz jasna są wykonane w sposób mistrzowski, lecz niektórym słuchaczom znów brakować może rock n’ rollowego zadzioru i brudu wśród całej tej melodycznej precyzji. Dźwięk strunowych instrumentów młoteczkowych pięknie urozmaica brzmienie.

Supremacy – zaczyna się symfoniczna burza przeciwstawiona ciężkim, niskim gitarowym riffom.
Rytm werbla wprowadza precyzyjnie wyważona linie zwrotki, refren zaś wbija nas w ziemie niezwykle wysokim dźwiękiem zabarwionym lub raczej stłumionym przez efekt vocodera. Nuta w mistrzowski sposób jest zakończona drapieżnym zejściem o co Tarji nie podejrzewałam. Niestety wrażliwym uszom te everesty wokalne mogą się wydawać zbyt piskliwe.

The Living End – piosenka o ogniskowym wstępie gitary akustycznej. Na jej tle, oraz melodii fortepianowej prowadzona jest linia wokalna. Ciekawym zabiegiem jest użycie w utworze brzmienia imitującego dźwięk dud. Na uwagę zasługują tez chóry stanowiące tło dla głosu wokalistki. Pieśń jest jakby rodzajem ilustracji dla Bravehearta lub Rob Roya – przynajmniej mi przynosi takie skojarzenia.

Diva – Ten utwór najbardziej ciekawił mnie z tych, zamieszczonych na płycie. W klimat wprowadza nas dźwięk katarynki na nadbrzeżnym porcie. Co rzadko się zdarza w muzyce rock-metalowej, utwór utrzymany jest w metrum trójdzielnym, dzięki czemu cala piosenka stwarza wrażenie kołysania jak na lodzi.. W refrenie silnie zaznacza się operowy sposób wydobycia dźwięku przez wokalistkę. Moim zdaniem bardzo udana symfoniczna kompozycja, choć charakter ma nieco cyrkowy.

Eagle Eye – chyba najbardziej przebojowa z piosenek na tej płycie. Z pewnością zaś, najłatwiej wpadająca w ucho. Tematyka jak zwykle power-heavy-sympho. Marszowy puls basu i rytmiczne bicia gitary rozdzierane są przez ukłucia fortepianowych oktaw. Novum na albumie jest udział wokalisty – w utworze Tarje wspomaga Chad Smith. Byłabym skłonna uwierzyć ze to utwór jednej z wyrastających jak grzyby po deszczu kapel mainstreamowych  gdyby nie charakterystyczny, rozedrgany vibratem głos Tarji.

Undertaker – utwór ten rozpoczyna się dźwiękiem smyczków, puzonów i kotłów przywołujących na myśl trąby apokalipsy. W zwrotce wykorzystano zabieg dublowania linii wokalu w oktawie co uświadamia nam jak wielką skalą głosu operuje wokalistka. Refren przynosi nam barwę na granicy rejestrów co nie drażni wprawdzie lecz i nie zachwyca. Po tak obiecującej zwrotce spodziewalibyśmy się czegoś bardziej spektakularnego. Zachwyca za to partia fortepianu imitująca spadające srebrne krople. No i doczekaliśmy się krótkiej ale niezwykle efektownej solówki gitarowej.

Calling from the wild – Wydaje mi się ten utwór najbardziej finezyjnym kompozycyjnie. Chórki nadają mu nieprzeciętny drive, który wprowadza – nieco zbyt plaski w linii melodycznej, jak dla mnie – wokal. Po raz kolejny chwilami mam wrażenie ze ta piosenkę już przed chwila słyszałam. Bridge przed skomplikowanym rytmicznie riffem gitarowym w dalszej części utworu stanowi parlando czyli mówiony fragment tekstu. Jedynym elementem, który zdecydowanie nie przypadł mi do gustu jest elektroniczne przetworzenie głosu w jednym z zejść. Ale to już kwestia gustu i indywidualnych estetycznych zapatrywań.

Too many – Dzwięk instrumentów smyczkowych i ich melodyjne pizzicato wprowadzają nas w malowniczy klimat opowieści snutej na tle oddalonych chórków. Refren jest natomiast całkowicie inny w charakterze, mocno zaśpiewany i wsparty ciężkim synkopowanym riffem stanowi kontrastująca przeciwwagę dla delikatnej i śpiewnej zwrotki. Finał utworu przynosi nam płynne przejście polifonicznej zwrotki w ozdobiony kantylenową wokalizą refren. Utwór zakończony jest głosem Tarji w wydaniu „unisono” i „a capella” , jak mądrzy ludzie mówią na „ jednogłośnie” i „bez towarzyszenia instrumentów”.

Zaskakująca jest ścieżka dźwiękowa nosząca tytuł „This is the hit song” umieszczona długo po zakończeniu brzmienia ostatniego dźwięku „Too many”. Jest to pastisz muzyki popularnej upstrzonej nuta techno i agresywnego metalu. To rodzaj żartu muzycznego. Czy udany? – o tym nie mi już sądzić.

2-TARJA_TimTroncKoe_2016_low

„..Z pewna taka nieśmiałością po nią sięgnęłam…” – jak mawiał klasyk w reklamie podpasek. I tak tez było z ta płyta. A nawet ze sceptycyzmem bo Tarja… cóż … eufemistycznie stwierdzę ,ze nie leży w kręgu moich faworytów muzycznych. Duzy wpływ na to ma moja choroba zawodowa. Jestem wokalistka i mam uczulenie na inne wokalistki co wynika z tego ,ze patrzę na nie przez pryzmat techniki spychając na drugi plan wrażenia estetyczne. W tym przypadku technika i całokształt wykonawczy Tarji zostawiają mnie daleko w tyle, więc oczywiste jest ze nie wprawia mnie to w najlepszy nastrój pozostawiając niezacieralne znaki na mojej samoocenie. Tak więc przechodząc do hipotezy: Tarja wielka wokalistka jest i nagrała wyborna płytę. Nawet jeżeli mi się to dzieło prywatnie nie podoba muszę to przyznać.

Po wysłuchaniu albumu poprzedzającego „The shadow self” miałam wrażenie pewnej niespójności. Na myśl pchało mi się ,ze artystka miota się między nowoczesnością a klasyka gatunku. Z jednej strony chce być nowatorska, stosuje zabiegi i środki wykonawcze charakterystyczne dla najnowszego nurtu zespołów rockowo metalowych a z drugiej strony realizuje model uznany i utarty, istniejący w gatunku muzycznym jaki uprawia. Na szczęście po wysłuchaniu właściwego albumu wrażenie to zostało zatarte. Płyta jest niezwykle spójna dzięki odpowiedniemu łączeniu nowatorskich zabiegów z tradycyjnymi. Ostre, brudne gitarowe riffy płynnie łącza się z bardziej lirycznymi frazami a dźwięki Grand Piano oraz orkiestry symfonicznej doskonale z nimi korespondują. 

Na szczególna uwagę zasługuje niezwykle konsekwentne realizowanie dramaturgii albumu. Od sugestywnego nastroju przechodzimy do apogeum emocji w sposób płynny i naturalny. Każdy z utworów przypomina kolejny rozdział łącząc się w historie posiadająca swój początek, kulminacje oraz stopniowe zamkniecie. ponadto same aranżacje utworów nie pozostawiają absolutnie nic do zarzucenia.

Na tym instrumentalnym tle istnieje głos Tarji. I tu rodzi się pewna ambiwalencja. Słuchacze przyzwyczajeni do twórczości artystki zarówno z okresu bytności w zespole Nightwish jak i z kariery solowej Przyjmą materiał muzyczny jako cos co znają, lubią i czego oczekują. Dla słuchacza pierwszy raz sięgającego po nagrania Tarji Turunen budzącym kontrowersje może być wykonawstwo wokalistki. Zabiegi jakie stosuje ona są zarówno typowe dla  muzyki popularnej jak i operowej. Frazy w których głos sięga najwyższej oktawy jaka dysponuje Tarja może zszokować odbiorcę nieprzyzwyczajonego do wykonawstwa muzyki poważnej. Mówiąc brzydko takie „pianie” i „wycie” może zostać odebrane jako ciężkostrawne. Nie możemy zapomnieć jednak o tym ze , słuchaczy świadomie sięgających po tę właśnie artystkę jest bez porównania więcej i im jest dedykowana ta płyta. Ponad wszelka wątpliwość należy stwierdzić, że nie zawiodą się ani warstwa wykonawcza ani kompozytorska.

Z pewna taka nieśmiałością po nią sięgnęłam i mile się rozczarowałam. Album Tarji Turunen jest dziełem o wysokich walorach artystycznych. Jednocześnie nie jest tworem zbyt trudnym. Myślę, że dzięki swym walorom nie tylko zadowoli fanów wokalistki i jej zespołu ale także zapewni jej spora grupę nowych entuzjastów. Nie stanowi co prawda jakiegoś muzycznego przełomu ale konsekwentnie realizuje styl obrany przez rezydentów tej właśnie symfoniczno-metalowej szufladki muzycznej. Mimo wszystkich tych superlatywów jakie wysmażyłam w tej recenzji nie wydaje mi się abym sięgnęła ponownie po ta płytę. Zadowolę się przyjemnością jaka wiąże z uczuciem niewielkiego niedosytu strzegącego mnie przed przesytem.

Chyle czoła przed królową.

8 kropek krwi na10.

Agata Pawłowicz