The Foreshadowing – Seven Heads Ten Horns

Przyznam szczerze, że kiedy dowiedziałam się, że The Foreshadowing planują nagrać kolejną, czwartą płytę w swojej karierze, czekałam na ten krążek z niecierpliwością. I oto nastąpił ten moment. Jest płyta "Seven Heads Ten Horns". Za okładkę albumu odpowiedzialny był Seth Siro Anton znany ze współpracy chociażby z Moonspell czy Kamelotem. Jeśli mam być szczera, to okładka mnie nie porwała. Czasami mam wrażenie, że ów artysta, tworzy wszystko na jedno kopyto. Cóż, jego wybór, ale ja tego nie kupuję, nie trafia to w mój gust. Na szczęście jak to się mawia: "Nie oceniaj książki po okładce", a w tym przypadku akurat, nie oceniajmy płyty.

S37Ftkb

"Seven Heads Ten Horns", otwiera genialne ponad 2 minutowe intro "Ishtar", które idealnie nastraja przed odsłuchaniem całego materiału na płycie. Instrumenty strunowe i chór, wprowadzają nas w lekko senny, nostalgiczny nastrój, idealny na tą niemal jesienną pogodę, którą mam akurat podczas pisania tej recenzji, czyli deszcz i szarówka. Ale nic nie może trwać wiecznie i z tego błogiego nastroju wytrąca nas drugi kawałek "Fall of Heroses", już początkowymi riffami, których w tym utworze trochę jest. Gitary, perkusja, fragment intra i w zasadzie niczego nie trzeba więcej, a my dodatkowo dostajemy świetnie wkomponowujący się wokal Marco Benevento. Po tym utworze chyba nikt nie będzie mieć wątpliwości, że to płyta koncepcyjna, a wokal jest swoistym narratorem. Trzeci w kolejce jest utwór "Two Horizons". Utwór ze świetnymi, przydymionymi gitarami, gdzieś tam w tle od czasu do czasu pobrzmiewającymi smyczkami i surową perkusją, która idealnie łączy się z całością i daje fajny zadziorny akcent temu numerowi. Zamknąć oczy i dać się poprowadzić, mając nad głową kruki lub inne ptactwo, które swoim krakaniem nie pozwala nam zasnąć i tak oto docieramy do Nowego Babilonu, czyli numeru 4 na albumie. Nie, nie bójcie się utwór ten z całą pewnością nie opowiada o radzieckim niemym filmie z 1929 roku Emotikon wink My po prostu przekraczamy bramę piekieł, w rytm "marsza" utworzonego z gitar i perkusji. Jest to jeden z dwóch najdłuższych utworów na płycie ma prawie 7 minut. Kocham spadek klimatu w tym utworze od takiego niemalże "radosnego", do budującego napięcie grozy, strachu. A także chór, piekielny chór? Emotikon wink "Lost Soldiers", to następny kawałek na płycie. Zaczyna się dość spokojnie, by z czasem nabrać tempa i nie pozwolić gitarom i perkusji za długo czekać na swój czas. Nie licząc intro, jest to najkrótszy numer na płycie. Świetnie moim zdaniem, sprawdziłby się jako singiel. "17", to 6 numer na albumie. Podoba mi się stopniowanie gitar na początku tego kawałka. Błądzimy w tym utworze, po korytarzach własnego umysłu zmagając się z bestiami, jakie są tam ukryte i czyhają na nas, wiedzeni głosem wokalisty i nie tylko oraz lekko psychodelicznym narkotycznym brzmieniem gitar i perkusji. "Until We Fail" zaczyna się bardzo spokojnie, wokalista łagodnym głosem niemal opowiada nam owy utwór, delikatnie jakby się bał, że nas wystraszy. Senny, kołysankowy na początku numer, który usypia naszą czujność, pod koniec uderza w nas gitarami, które są potężne i agresywne i wreszcie na pierwszym planie, a w ślad za nimi nierozerwalnie perkusja. I tak unieśliśmy się porwani gitarami i utwór 8 "Martyrdom", wcale nie pozwala nam osiąść/ opaść, wszak tytuł mówi sam za siebie. Męczeństwo to męczeństwo – nie ma zmiłuj Emotikon wink W tym utworze oprócz dawki gitar i perkusji, możemy usłyszeć też wyraźnie klawisze oraz genialny "chór" dziecięcy, który dodaje idealnego nastroju. Aż docieramy do ostatniego numeru na płycie Nimrod, który jest podzielony na 4 utwory: "The Eerie Tower" / "Omelia" / "Collapse" / "Inno Al Dolore". Zaczyna się delikatnie, delikatna mroczna muzyka + spokojny głos Marco, by za chwilę gitary dały o sobie znać wraz z perkusją. W tym długim ponad 14 minutowym kawałku znajdziemy sporo smaczków takich jak np: chór, czy dźwięki przywołujące na myśl czasy starożytnej Mezopotamii.

13090081_1714732918796387_1458726156_n

Foto : Eric Fav/Machine Room Design

Podsumowując jest to naprawdę genialna, świetna płyta Włochów, którzy tym albumem pokazują, że nie muszą nikomu niczego udowadniać. Przez pewien czas uważani za Włoską Katatonię, pokazali tym albumem, że mają swoją własną ścieżkę, a przydomek ten w ich przypadku był nie trafiony. Mocna doom metalowa płyta, powinna zadowolić każdego malkontenta. Najlepsze numery na płycie dla mnie to: "Until We Fail", "Martyrdom" i "Nimrod". 

Oceniam krążek 10/10 chociaż odrobinę za krótki, mógłby trwać trochę dłużej.