Riverside – „Love, Fear and the Time Machine”

Riverside – „Love, Fear and the Time Machine” 

0004FL88GYJP126N-C122

Szósty album Riverside zaskakuje przede wszystkim niesamowitą melodyjnością. Jak mówi Mariusz Duda – „Od płyty „Second Life Syndrome” zanurzamy się coraz bardziej w mroku. Nasz ostatnio wydany album, mimo że był spokojniejszy, miał jednak w sobie czerń i ogromny smutek. Z nowym albumem otwieramy się na jaśniejsze dźwięki przywołujące momentami nasz debiut. Zawsze chciałem nagrać album, na którym przede wszystkim będzie masa świetnych, ambitnych piosenek. Myślę, że każdy kto nas trochę zna również marzył żeby Riverside w końcu nagrało taki album. Takie jest „Love, Fear and The Time Machine” – pełne przede wszystkim dobrych i dojrzałych melodii.”

I tak faktycznie jest. Od pierwszych dzwięków ogarnia nas niesamowite piękno tej muzyki. Otwierający album „Lost (Why Should I Be Frightened By a Hat?)” znany już wcześniej z wykonania na festiwalu „Metal Mammer” w czerwcu, wprowadza niesamowity nostalgiczno-melodyjny nastrój, który towarzyszy nam do końca płyty. Znakomity utwór na początek płyty. Praktycznie każdy numer na tym krążku przynosi nam niesamowitą porcję pięknych linii melodycznych, soczystych solówek podlanych cudownym brzmieniem instrumentów klawiszowych, brzmiących niczym dobry stary Hammond. Kolejny na płycie  „Under the Pillow” przepięknie rozwija się od spokojnych dzwięków gitary i wokalu do potężnej ściany dzwięku, bo jakiej zespół nas przyzwyczaił na swoich poprzednich płytach.

Nr 3 –   „#Adicted” nosi cechy typowego przeboju, może zespół zdecyduje się wydać singla z tym nagraniem. Szybki melodyjny, przebojowy, może przyciągnąć do twórczości zespołu tzw „przeciętnego słuchacza”. Linia basu i partie gitarowe (podobnie jak w „Discard Your Fear”) mogą kojarzyć się z takimi zespołami jak The Cure czy Placebo, pokazując tym samym, że muzycy nie ograniczają się tylko do szufladki zwanej rockiem progresywnym. I bardzo dobrze!

Następny numer „Caterpillar and Barbed Wire”, to typowy Riverside, troszkę mroczny, niepokojący ale jednocześnie bardzo piękny i jak większość nagrań na tej płycie rozwija się od spokojnych dzwięków do prawdziwie prog-rockowego finału, by na koniec znowu się wyciszyć pozostawiając słuchacza jakby w lekkim niedosycie. Z kolei „Afloat” to trzy-minutowa dawka spokojnej, lekko smutnej muzyki, kojarzącej mi się z dokonaniami np. Anathemy. Gitara, głos Mariusza i klawisze w tle, i czego więcej potrzeba?

„Saturate Me”, chyba najbardziej progresywny na całej płycie numer,  przypomina jakim zespołem jest Riverside. 7 minut wspaniałej mieszanki melodii i połamanych rytmów na  najwyższym poziomie.

„Discard Your Fear” to był kolejny nowy utwór znany z występu w Spodku, i tutaj muszę stwierdzić, że dawno żaden kawałek nie wbił mi się tak w pamięć jak ten właśnie. Od pierwszego wysłuchania miałem ciarki słuchająć tych pięknych dzwięków. Śmiało ośmielę się nazwać ten kawałek moim osobistym przebojem roku. Cechuje go idealne połączenie muzyki z przepięknym tekstem. A refren jak już raz wpadnie do głowy, to gwarantuję Wam, że pozostaje w niej na bardzo bardzo długo.

Discard your fear of the unknown
Be here and now
Just find yourself in peace
Try to free your mind
Wake up
Get unstuck
Let it go
Send your shame to nevermore

Najdłuższy na płycie „Towards The Blue Horizon” to kolejna dawka świetnych melodii, rozwijająca sie ze spokojnego akustycznego wstępu do potężnego, prawdziwego prog-rockowego wymiatania.

Była piosenka o miłości, była o strachu. Pora na maszynę czasu. „Time Travellers” to akustyczna ballada jakby żywcem wyrwana z repertuaru Genesis, gdy wokalistą był Ray Wilson. Takie było moje pierwsze i bardzo pozytywne skojarzenie słuchając tego nagrania.

Zamykający płytę „Found (The Unexpected Flaw of Searching)” przywołuje na myśl niektóre z ballad zespołu Marillion, wokal w stylu Steva Hogartha, a solówki nie powtydziłby się sam Steve Rothery. Pięknie, Panowie pięknie!

Podsumowując – płyta przepiękna, świetnie brzmiąca, dobrze zrealizowana, zawierająca ponad godzinę wspaniałej rockowej muzyki zarówno dla wytrawnych fanów prog-rocka, jak i dla nowych słuchaczy dopiero zaczynających przygodę z Riverside.

Nie jestem jakimś wielkim fanem rocka progresywnego , ale jak dla mnie jest to na razie płyta roku.
Bez wątpienia najlepsza płyta Riverside!!!
10 kropel krwi na 10

Darkman