Devil Side Festival, 20-22 Lipiec Oberhausen

Devil Side Festival to 3dniowa impreza, która odbywa się bodajże dopiero 3 raz w Oberhausen. Niemiecki, solidnie zorganizowany festiwal z nienajgorszym (wizualnie) umiejscowieniem.

Wjazd planowany był na 10:00, lecz (jak to często bywa) został przesunięty na godzinę 11. Po wejściu był czas na zimne piwko i rozglądnięcie się po całym festiwalowym obszarze.

Jak przeważnie ma to miejsce na większych festiwalach- zachowano podział na dwie sceny. W tym przypadku na mniejszą- Devil Stage i wiekszą- Hell Stage. Koncerty odbywały się naprzemiennie.
Dosłownie w mgnieniu oka na scenie pojawił się pierwszy zespół i ogarnął nas błogostan z podświadomością, że jesteśmy w odpowiednim miejscu i czasie!

Niewiele znanych mi zespołów, które występowały w pierwszym dniu festiwalu obejmował tegoroczny line up. Np. Chthonic znałam tylko z nazwy, gdyż koncertowali z Arch Enemy. Tajwański zespół grający melodyjny black metal. Niestety nie uchwyciłam ich w mym obiektywie. Nie ukrywam, wystraszył mnie wręcz nieznośny głos wokalisty. Czym prędzej ewakuowałam się na kolejne piwko. Wy natomiast sami możecie ocenić nie tylko sam wokal, ale ogólnie muzykę prezentowaną przez ten dość specyficzny band. Zalecam odwiedzenie oficjalnej strony. http://www.chthonic.org/

Kiedy kogoś znużyło stanie pod sceną i słuchanie każdego zespołu z osobna, można było zrobić sobie spacerek po stoiskach. A tam wszelkie gadżety, tanie koszulki, pamiątki oraz płyty wytwórni Century Media.

Pokusiłam się nawet na te małe przesłodkie, diabelskie stworzonka! 😉

Jednym z wyczekiwanych przeze mnie zespołów był m.in. Emil Bulls! Utwór tej kapeli został użyty do promocji festiwalu, a konkretnie do filmiku reklamującego festiwal. Tak zaczęła się moja przygoda z zespołem. Pochodzą z Niemiec, grają alternatywny metal i z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że nie mogło ich zabraknąć na tym gigu! Wyszli na scenę i zagrali jak rasowy band. Prócz pogowego szaleństwa była i chwila wytchnienia, bez wątpienia jeden z najbardziej ckliwych momentów pierwszego dnia festiwalu. Podczas wykonywania utworu „Nothing in this world” cała publika zgromadzona pod sceną przyklęka, muzyka cichnie i te przechodzące dreszcze, kiedy wszyscy razem krzyczą: „Hungry at heart nothing in this world we couldn’t do!” Hymn młodości. Nie do opisania!

Bez skupiania się na detalach, przejdźmy do wyczekiwanego przeze mnie koncertu Arch Enemy. Do celu mej podróży. Przed koncertem miałam okazję chwilkę porozmawiać z zespołem i porobić fotki.

Koncert (jak praktycznie każdy) rozpoczął się niemal punktualnie, poślizg był minimalny. Miejsce w 3 rzędzie uniemożliwiło mi bliskie ujęcia zespołu. Podczas koncertu nieźle nas niemieccy przyjaciele poharatali. Jednym słowem, trzeba było uważać na swe zdrowie i życie. Nie poddawałyśmy się jednak z koleżanką i dumnie trzymałyśmy polską flagę!

Arch Enemy dali z siebie wszystko! Angela grając w swej ojczyźnie zapewnia swym rodakom konkretną dawkę metalu. Jednak jak wszyscy na koniec koncertu stwierdziliśmy: mikrofon Angeli ustawiony był zbyt cicho. Zespół zagrał 45 minutowy, konkretny set. My potarzaliśmy się w piasku i kurzu. Chyba jednak koncert „na plaży” to nienajlepszy pomysł!

Nie mogłabym pominąć gwiazdy wieczoru. Był nią bowiem zespół In Flames, który również zaliczam do grona tych „naj”. Niefortunnie zaczął padać deszcz, ale chłopaki z zespołu mogli spokojnie liczyć na tłum fanów pod sceną. Przeciśnięcie się bliżej sceny? Niemożliwe! Fala fanów oblężyła 1/3 terenu festiwalu.
Set In Flames trwał ok półtorej godziny i składał się w większości z nowych utworów przeplatanych oczywiście starymi i lubianymi kawałkami. Było pare ciekawych momentów m.in. kiedy wokalista wziął aparat jednemu z fotografów i osobiście zrobił zdjęcia publice. In Flames charakteryzuje przede wszystkim bardzo dobry kontakt z fanami, przez co każdy na koncercie może poczuć sie wyjątkowy i potrzebny! 🙂

Podsumowując pierwszy festiwalowy dzień nie sposób zarzucić coś organizatorom. Mimo koncertowego szaleństwa, bez większych ekscesów, dobre jedzenie, możliwość zrobienia nawet konkretnych zakupów (chodzi o gadżety i ciuchy) oraz weseli ochroniarze 😉 Nie był to gig na miarę Metalfestu, ale możemy Niemcom zazdrościć, że takowe, mniejsze festiwale organizują u siebie dając możliwość promocji pewnym zespołom oraz radość jaką niesie wybranie się paczką na bezpieczny, wypełniony po brzegi muzyką, kilkudniowy melanż 😉

Nemies