Mordor “Prayer to…”

Mordor_okladka

1. False Prayer
2 Why Me?
3 Ice Bound
4 Nothing Makes Any Sense
5 There’s Nothing Left
6 Wind – Storm Song
7 The First One Will Be The Last One
8 Two Real Stories

Dziś jako lokalna patriotka postanowiłam napisać recenzję płyty zespołu z mojego rodzinnego miasta. Z muzyką częstochowskiego death doom metalowego zespołu Mordor zetknęłam się w 1998 roku. Studiowałam na jednym roku z młodszą siostrą ówczesnego gitarzysty zespołu. To była najspokojniejsza i najgrzeczniejsza dziewczyna na roku, do tego bardzo pilna studentka. Dlatego poczułam się ogromnie zaskoczona, gdy pewnego dnia pożyczyła mi kilka kaset z nagraniami swego brata – nie takiej muzyki się po tej dziewczynie spodziewałam! I tu parę słów wyjaśnienia dla młodzieży: w latach 90-tych nie było Internetu ani mp3. Piosenki nagrywało się z radia albo przegrywało się kasety od innych osób. Tylko nieliczni szczęśliwcy byli posiadaczami odbiorników CD. Przyznaję – piraciło się w tamtych czasach 😉
Muszę jeszcze dodać, że istnieją aż trzy zespoły o nazwie Mordor (dwa pozostałe to zespoły zagraniczne – rosyjski i szwajcarski), co znacznie utrudnia odnalezienie nagrań częstochowskiego Mordora w Internecie.
Album „Prayer to…” z 1993 roku (choć różne źródła podają rozmaite daty wydania tego albumu od 1993 aż po 1996 rok) zaskakuje wręcz symfonicznym wstępem skrzypcowym w utworze „False prayer”, ale już po chwili słyszymy ostre brzmienia gitar i przeszywający szept wokalisty, który po chwili przeradza się w mroczny growl. Już ten pierwszy utwór stanowi ogromną niespodziankę, płytę przecież nagrano na początku lat 90-tych i to na dodatek w Częstochowie. Dziś już nikt tak nie gra death metalu. Wokalista w tym samym utworze udowadnia, że potrafi również śpiewać czystym głosem (i brzmi to o wiele lepiej niż growl, na szczęście na swojej drugiej płycie zespół zrezygnował z growlowania).
W kolejnym utworze „Why? Me?” wokalista znów przeplata growl z czystym śpiewem, co jest bardzo ciekawym zabiegiem i sprawia, że album nie jest monotonny.
W „Ice Bound” w warstwie instrumentalnej słyszymy folkowe liryczne nuty i dźwięki fortepianu a także wokalizę w wykonaniu Anji Orthodox, wokalista znów śpiewa czystym głosem, a utwór jest zaskakująco melodyjny, to zdecydowanie najlepszy kawałek na tym albumie. Wokalizy Anji Orthodox bardzo wzbogacają i urozmaicają tę płytę, i nadają jej niemalże gotyckiego klimatu.

W podobnym klimacie utrzymany jest „Nothing makes any sense”, gdzie wokalista miesza melorecytację z growlem. To kolejny utwór z udziałem Anji Orthodox – tym razem zaśpiewała pięknym, prawie operowym sopranem.
„Wind-Storm Song” jest już wyraźną zapowiedzią tego, co można usłyszeć na kolejnym (i niestety ostatnim) albumie Mordora zatytułowanym „The Earth” z 1997 roku. Na „The Earth” zespół zrezygnował z growlu i – o ile nie lubię growlowania – nie wyszło to zespołowi na dobre. „The Earth” muzycznie bliski jest progresywnymi rockowi i muzyce gotyckiej, jednak momentami nużący i monotonny. Zespół rozpadł się wkrótce potem, ale kilka lat temu reaktywował się w zmienionym składzie, choć jak dotąd nic nie nagrał nowego. Pozostały nam po Mordorze dwa bardzo różne albumy i duma, że to częstochowski zespół stał się pionierem death doom metalu w Polsce.

8 kropel krwi na 10

Altea Druantia