Illnath „Third Act of the Theatre of Madness”.

Już jakiś czas temu miałam ochotę na zaprezentowanie muzyki niesamowitego zespołu jakim jest – nie wiedzieć czemu – wciąż mało znany Illnath. Ale powoli…

Illnath poznałam na którymś z zagranicznych portali pod hasłem „female fronted metal band”. Nic dziwnego, skoro zespół najwidoczniej nie przywiązuje wielkiej wagi do zaistnienia w sieci – zero strony na Facebook’u, nie wspominając o innych portalach. Ogólnie cisza w temacie. A wielka szkoda, bo tak interesująca muzyka powinna być bardziej promowana.

Illnath gatunków muzycznych przypisuje sobie wiele, jednak ja bym ostała przy „melodic death metalu”. To jednak najlepiej obrazujący styl, jaki prezentuje duńska formacja.

Kilka słów o zespole. Illnath to duńska formacja wywodząca się z Kopenhagi. Jak donosi strona metal-archives, niestety formacja wraz z płytą „4 Shades of Me” w 2013 zawiesiła działalność po 13. latach aktywności.

Ja dziś pod lupę biorę przedostatni album nagrany z wokalistką Moną Beck, który dziwnym trafem odkryłam po „4 Shades of Me”, ale tym bardziej, że ostatnio częściej gości w moich głośnikach, to pozwolę sobie z niego wyciągnąć jak najwięcej pozytywnych rzeczy.

„Third Act in the Theatre of Madness” [2011]

Data wydania: 18 listopada 2011
Wykonawca: Illnath
Wydawca: Pitch Black Records

Utwory:
1. Third Act 5:36
2. Scarecrow 4:52
3. Lead the Way 6:31
4. Snake of Eden 3:26
5. Shorthanded 5:51
6. Spring Will Come 5:21
7. Tree of Life and Death 5:35
8. Fall of Giants 6:06
9. Vampiria 5:31
10. Kingship Incarnate 4:29

Album rozpoczyna utwór „Third Act”. Od samego początku wiemy też, że czeka nas na płycie trochę symfonicznego brzmienia, m.in. klawiszy. Po chwili słyszymy anielski głos Mony Beck… no, może nie do końca anielski. Mona natomiast świetnie radzi sobie za mikrofonem, wielu może jej pozazdrościć. W ‚scream’ często wplata czyste partie wokalne, co brzmi w wydaniu Illnath fenomenalnie! Wręcz nie wyobrażam sobie ich braku. „Third Act” to wprowadzenie w album, a zarazm najlepsza z możliwych propozycji, bardzo chwytliwa i jestem pewna, że fanom melodyjnego i ciężkiego grania szybko wpadnie w ucho.

Chłopaki z Illnath to załoga z niesamowitym wyczuciem dźwięku. Wszędzie umieszczą taki zestaw melodii, że słuchacz rozpływa się w gitarowych solówkach. Illnath to absolutne połączenie melodii z agresywnością wokalu.

Idziemy dalej. utwór „Scarecrow” to wspaniały refren, śpiewany wraz z damskim chórkiem i chrypą Mony, coś, czym Illnath jest w stanie szybko nas kupić. No, ale żeby nie było Wam za mało, zaraz po refrenie wchodzi według mnie jedna z najlepszych solówek w melodic death metalu. Ależ to brzmi! Myślę, że Michael Amott z Arch Enemy mógłby być zazdrosny…

„Lead the Way” to kawałek z klimatycznym intrem. Wciąż jestem pod wrażeniem wpasowania się wokalu w muzykę. Ta kompozycja stanowi jedność… W połowie kawałka znajduje się klawiszowe intro i tekst wypowiadany szeptem. Wiele się dzieje na tym krążku. A przede wszystkim jeśli chodzi o gitary, one zdecydowanie są nr. 1.

„Snake of Eden” to iście szatańska propozycja. Gitary zostawiają więcej miejsca na wokal, a Mona wykorzystuje to bezbłędnie. Kobiecy wokal w metalu podobno trzeba lubić… Moim zdaniem nie ma powodów, by nie zakochać się w krzykliwej Monie. Moim zdaniem jej wokal + gitary stanowią duet idealny.

Kolejnym z utworów na płycie jest „Shorthanded”. To jedna z moich ulubionych propozycji z tej płyty. Jest utrzymama w szybkim tempie, refren zwalnia i wplata kolejne wbijające w fotel solo. Czuć jak chłopaki bawią się muzyką i dają sobie na to czas! Kawałki Illnath trwają zazwyczaj ok 5 minut, te krótsze po 4, a najdłuższe sięgają 7 minut.

„Spring Will Come” – live will come. Bardzo pozytywny song, melodyjnie też wspaniale działa na psychikę.

„Spring Will Come, after the bitter cold has ravaged your bones
Life Will Come
Spring Will Come, after the bitter cold has scattered your moans
Life Will Come”

Myślę, że jeżeli miałabym wybierać brzmienia zespołów melodic death metalowych, te wszystkie zakrawające o ‚doom’ itp. zamieniłabym właśnie na takie. Posłuchajcie tej radości przekazywanej w melodii… da się ją wyczuć, prawda?

O, trochę na to czekałam, przedstawiam Wam zatem mojego faworyta z tej płyty – „Tree of Life and Death. Absolutne zwycięstwo odniesione przez zespół Illnath przez duże „Z”. Jeżeli ten kawałek Was nie wciągnie, to proszę pisać skargi na mojego mejla 😀 Może nie odbiega bardzo od pozostałych, bowiem jest tak samo, albo i bardziej melodyjny (to wciąż w przypadku Illnath pojęcie względne, bo wszystko jest tak bardzo melodyjne, że melodic death metal nabiera innego znaczenia, a wiele melodic death metalowych zespołów nie powinno używać przedrostka „melodic”), wokal Mony to poezja śpiewana (nie wierzcie mi na słowo… posłuchajcie!). Jeżeli ktoś kiedyś będzie szukać kawałka do plebiscytu na hymn melodic death metalu, to bez wahania podsyłam tę propozycję.

Dobra, ochłońmy. Przedstawiam wam wideo do kolejnego kawałka „Fall of Giants”:

Wideo zostało nagrane jako bonus dla japońskiej edycji albumu. Można rzec, że wraz z kawałkiem „Vampiria” tworzą takie podsumowanie płyty, żeby nie zapomnieć, że Illnath to przede wszystkim melodyjne granie i drapieżny wokal Mony.

„Kingship Incarnate” to typowy ‚farewell’, gdzie miejsce znajdzie dla siebie znajdzie każdy – słychać więcej wokalu, swoje miejsce ma też bas, jest więcej riffów niż solowych brzmień, bardzo agresywnych zresztą, a także wplatają nam się w to wszystko klawisze. Każdy dostał na koniec chwilę dla siebie.

Cóż mogę więcej napisać na temat Illnath. Fanom melodic death metalu polecam, jestem świadoma, że mogliście o tej formacji nigdy nie słyszeć, ale jak już wsłuchacie się w ich „Third Act of the Theatre of Madness” to pokochacie ich brzmienie. Myślę, że fani symfonicznego brzmienia też powinni być przychylni temu krążkowi. Dla mnie Illnath to odkrycie 2013 roku, a ta płyta jest ich wielkim odrodzeniem u boku Mony Beck.

9 kropel krwi na 10