Paradise Lost – „Shades of God”

Zespół Paradise Lost wystąpi w lipcu bieżącego roku w Bolkowie na Castle Party, korzystając więc z tej okazji chciałabym przypomnieć płytę, dzięki której ponad dwadzieścia lat temu poznałam muzykę tego zespołu.

unnamed

  1. „Mortals Watch the Day” – 5:12
  2. „Crying for Eternity” – 7:05
  3. „Embraced” – 4:29
  4. „Daylight Torn” – 7:54
  5. „Pity the Sadness” – 5:05
  6. „No Forgiveness” – 7:37
  7. „Your Hand in Mine” – 7:08
  8. „The Word Made Flesh” – 4:41
  9. „As I Die” – 3:49

Był to ich trzeci studyjny album z 1992 roku „Shades of God”. Mam ją zresztą do dziś – na kasecie 🙂 Żeby było jasne od początku, nie przepadam za growlem, powiem więcej nie mogę ścierpieć charczących wokalistów (i wokalistek). Jednak dla Nicka Holmesa czynię wyjątek, growl w jego wykonaniu prawie mnie nie drażni (jedynie uniemożliwia zrozumienie tekstu), a piosenki zespołu trzeba przyznać są bardzo zróżnicowane, choć w tych latach zespół grał jeszcze death doom (w późniejszych latach łagodził nieco brzmienie, eksperymentował z gothic rockiem, muzyką elektroniczną a nawet – na płycie „Host” z synth popem).
Już od pierwszego utworu na „Shades of God” – „Mortals Watch the Day” – możemy poczuć energię i potencjał tego zespołu. Drugi utwór – „Crying for Eternity” – przykuwa uwagę bardzo rozbudowaną solówką gitarową. „Embraced” nosi pewne cechy charakterystyczne dla popularnej wówczas muzyki grunge. „Your hand in mine” z interesującym wstępem stanowi zapowiedź zwrotu muzyki zespołu w późniejszych latach w stronę gothic metalu. Najważniejszym utworem na tej płycie okazał się zamykający ją „As I die”, który wyznaczył kierunek, w jakim zespół poszedł w późniejszych latach na swoich kolejnych albumach, to utwór wyjątkowo melodyjny w warstwie instrumentalnej z lirycznymi wstawkami gitarowymi w refrenach. W tej piosence i w „Your hand in mine” Holmes śpiewa nieco lżej (kontynuował taki sposób śpiewania na kolejnych płytach zespołu).
Od strony instrumentalnej album jest agresywny i szybki (wspaniałe i ponure riffy Gregora Mackintosha). Najsłabszym ogniwem płyty jest dla mnie osobiście growl Nicka Holmesa, porównuję tę płytę do wydanej siedem lat później płyty „Host”, na której Holmes śpiewał już pełnym głosem i widzę, jak ogromną wokalną wędrówkę przebył (niestety na najnowszych płytach zespołu wrócił do siłowego sposobu śpiewania).
„Shades of God” to album przełomowy w karierze tego brytyjskiego zespołu, wytyczający jego dalsze muzyczne poszukania i stanowiący zwrot w karierze i dlatego warto się z nim zapoznać.

Altea Druantia